25 października 2016

Nie pojmuję, po co...

Zapiski z emigracji [17]
Miałem dzisiaj odpocząć od zapisków z emigracji, ale miałem też trochę zajęć i dopiero będę mógł przysiąść do zrobienia rysu nowego posta o miejscu, w którym obecnie mieszkam, a ponieważ mam jeszcze notatki z niemieckiego „zesłania”, zatem wykorzystam je i ponudzę Was jeszcze tym, co było na początku tego kończącego się powoli roku.
Pod datą 12 lutego w piątek zanotowałem:
Chłopaki ostro oglądają jakiś tam niemiecki serial. Nie wiem tylko po co, ponieważ i tak nic albo tylko ułamek rozumieją z tego, co tam się mówi.
Dosłownie zaczynam rzygać wulgaryzmami, z którymi przyszło mi się tutaj zmierzyć. Uszy mi więdną od słuchania najróżniejszych i jakże wcale nie wymyślnych wulgaryzmów w najróżniejszych miejscach, jak choćby podczas jazdy samochodem. Naprawdę, mam powoli tego dość.
Niemka, która się do tej pory do mnie nie uśmiechała, dzisiaj przełamała się i po jakiejś tam mojej małej pomocy w pracy uśmiechnęła się. Cieszę się z tego, ponieważ mam następną osobę, która będzie mnie poprawiała w moim językowym raczkowaniu.
Niemiecki dość trudno mi przychodzi, ale nie poddam się i będę dalej się uczył, rozmawiając z ludźmi i dodatkowo z książki, którą dostałem, a do tego będę się posiłkował wymową z komputera.

Tak bardzo mi nie pod drodze z towarzyszami mojej obecnej podróży, że będę musiał drastycznie coś zmienić.
Tylko co?
Tego jeszcze nie wiem!

W sobotę 13 lutego natomiast zapisałem:
Niecałe 6 godzin pracy i wolne! Oczywiście chłopaki pracowali dłużej. Nie zazdroszczę im, a nawet się cieszę, że mam więcej wolnego.
Z jednym z pracowników po południu pojechałem do sklepu i wróciłem sobie pieszo. Cieszę się, że nie muszę jechać z chłopakami i wysłuchiwać kanonady wulgaryzmów. Pogoda mi dopisała, zatem miałem przyjemny spacer! No i mogłem pobyć ze sobą sam na sam, czego mi tak bardzo brakowało i brakuje!
W drodze powrotnej ze sklepu postanowiłem, że od marca nie będę jeździł z chłopakami na zakupy, tylko będę chodził pieszo dwa, trzy razy w tygodniu i robił sobie zakupy na zapas. Tu nie idzie o to, że nie chcę płacić za dojazd, tylko odpuszczam sobie wysłuchiwanie po drodze całej masy przekleństw na kierowców i wszystkich, którzy pojawią się w zasięgu wzroku. Do tego, jadąc z nimi ciągle muszę się spieszyć. Chłopaki bowiem zawsze się spieszą gdzieś tam i po coś tam.
Wieczorem chłopaki gdzieś wybyli. O spokoju jednak mogę zapomnieć, gdyż gospodarze świętują dzisiaj urodziny starszego syna. Nie wiedziałem, że Niemcy na imprezach tak się wydzierają. U nas to nie do pomyślenia, choć muszę pamiętać, że najbliższy sąsiad mieszka kilkaset metrów stąd. Zatem „szlachcic na zagrodzie równy…”, kto więc im może zabronić ryczeć jak stado jeleni!
Nie mogę się skupić na niczym, co skupienia wymaga. Próbowałem pisać, czytać i uczyć się, ale cienko mi to szło. Oglądam więc telewizję Trwam – jedyny polski kanał telewizyjny, który mam do dyspozycji.

Gdy chłopaki wrócili, gospodarz dał im dla nas jedzenie. Miło. Taki fajny odruch z jego strony, bo w pracy jest raczej czepialski i nieprzyjemny.

Ciąży mi tutaj jakaś dziwna samotność. Jakbym nie był wśród "swoich". Może to towarzystwo, może lekkie załamanie po niespełna miesiącu na obczyźnie?
Wytrzymam, ile trzeba!

Jeden z chłopaków postanowił właśnie grać tak głośno muzykę, żeby zagłuszyć imprezujących na dole. Wstyd! Za wszelką cenę dać o sobie znać. Poza tym, co ci na dole pomyślą sobie o nas.
Muszę przyznać, że trochę mi wstyd za Polaków tu poznanych. Swoim zachowaniem pracują uczciwie na to, aby nie traktowano nas z szacunkiem.

A oto cytaty zapamiętane podczas wspólnie spędzonego czasu z chłopakami:
Gdzie chuju, pierdolony biegniesz? Dotyczyło mężczyzny, który biegał.
O kurwa, błazen pobiegł! Ty razem biegacz ubrany w strój odblaskowy.
Cześć brodaty chuju! Dotyczyło jakiejś postaci z filmu oglądanego przez chłopaków.
Film jest po niemiecku, więc chłopaki skupili się na zewnętrznej ocenie postaci.
Ja ciebie też kocham, kurwa, ale wyjdź z tego telewizora. To komentarz do kwestii jednej aktorek, która wyznawała filmowemu partnerowi miłość.
A spierdalaj! To również do kogoś występującego w telewizji.
Ty rudy chuju! Znów oberwało się komuś z telewizji!
Pierdolony, Goebbelsie! Nie wiem dlaczego tak określono jednego z aktorów.
Pierdolę cię!
Ponieważ zdążyłem zapamiętać dosłownie ułamek tego, co słyszałem, a film chłopaki oglądali dosłownie kilka minut, to jestem pod wrażeniem językowej wrażliwości widzów.
Z drugiej strony już wiem, jak wygląda nauka języka obcego poprzez oglądanie telewizji.

Czuję się znękany, a jeszcze nie ma północy.

We wtorek 16 lutego zapisałem:
Po pracy jeden z chłopaków przybiegł i powiedział mi, że po moim wyjściu z hali szef sprawdzał, jaką godzinę zapisałem przed wyjściem. Po skończonej pracy zapisujemy bowiem na wywieszonym grafiku dnia godzinę zakończenia pracy.
I co z tego? Zapytałem i dodałem: Zapisałem dokładnie taką godzinę, jaką widziałem na zegarze znajdującym się na hali.
Dopiero później zrozumiałem, że ta informacja zawierała inną niż dosłowna treść. Informujący sugerował mi, że szefostwo mi nie wierzy, nie lubi mnie i sprawdza mnie na każdym kroku.
To tutaj takie normalne, pokazać komuś, że przełożeni mu nie ufają, że jest się gorszym pracownikiem, że szefostwo kogoś tam nie lubi. 
Lubi za tych, którzy innych o takich sprawach informują.
A zatem chłopaki za wszelką cenę chcą mi pokazać, jak mnie szefostwo nie lubi. Jak mi nie ufa. Jak oni są górą!

W sumie to na dzisiaj wystarczy. Jeszcze kilka wpisów i będę miał za sobą swoją pierwszą zarobkową emigrację rozpisaną.
Przyznacie, że to nic ciekawego albo że to norma. To wszystko zależy od punktu widzenia i postrzegania zjawisk czy zachowań ludzkich. 
Chyba łatwo zauważyliście, że to nie była moja bajka i jak się następnie okaże, dobrze, że dość szybko się skończyła. 
Do dzisiaj nie mogę pojąć, po co to wszystko robimy sobie nawzajem na emigracji! 
Nie mogę też pojąć, dlaczego słownie obrażamy dosłownie wszystkich, których spotykamy na swojej emigracyjne drodze.
Jasne, że to nie norma, ale ja piszę tylko o tym, czego sam doświadczyłem. 


Bywajcie, Zdobywcy Świata, Ludzkich Serc i Własnego Losu!

Emigracyjne cuda i dziwy

Zapiski z emigracji [16]
Nie wiem czy zdołam dzisiaj wrócić do zapisek z niedawnej emigracji w Niemczech, czy raczej skupię się tylko na obecnej emigracji, której doświadczam.
Napisałem ostatnio, że nie opuszcza mnie wrażenie, iż zarówno w Niemczech, jak i w Anglii ktoś próbuje zrobić z nas konie, które ciągną wóz sukcesu danego kraju i do popędzania tych koni w zaprzęgu wykorzystuje się również Polaków.
Napisałem też, że w Anglii grupowe miejsca pracy nazywane są często obozami pracy. Nie dodałem wtedy, że w miejscach określanych taką nazwą pracują w przeważającej liczbie Polacy.
W Niemczech raczej nie mamy do czynienia z zatrudnianiem kilkuset Polaków w jednym miejscu. Natomiast w Anglii takich miejsc nie brakuje i w tych właśnie miejscach czasami dzieją się rzeczy, o których na pewno filozofom się nie śniło.
Dowiedziałem się o historii jednej Polki, która pracowała w takim właśnie miejscu i która urodziła dziecko w zakładowej łazience. Chodziła do pracy do samego końca, gdyż bała się, że może stracić pracę, a do tego bezpośredni przełożeni (również Polacy) nie chcieli nawet słyszeć o jej ciąży i ewentualnym zwolnieniu lekarskim.
W feralnym dniu dziewczyna chciała się u wejzerki czy wajzera zwolnić na chwilę do łazienki, gdyż odczuwała dziwne parcie. Fama głosi, że nawet z tym robiono jej problemy. Jednak w końcu do łazienki dotarła i… urodziła tam dziecko.
Sprawę zamieciono pod dywan tłumaczeniem, że rodząca chciała w ten sposób usunąć ciążę. Następnie możliwie skutecznie sprawę wyciszono i znęcanie się Polaków nad Polakami trwa w najlepsze nadal.
Nie pracowałem w tej firmie, więc mogę co najwyżej dać wiarę jednej lub drugiej stronie.
Pracowałem natomiast jakiś czas w firmie, gdzie w większości zatrudnia się Polaków i tam Polaków mianuje się menagerami, wajzerami i jeszcze tam jakimiś przełożonymi nad zwykłymi pracownikami. Takie zagranie daje gwarancję, że normy produkcyjne zostaną wyżyłowane do granic wytrzymałości ludzkiej, a siła pracownicza wykorzystana do maksimum. Do tego, jak to tutaj się określa, przełożeni nieustannie „wjeżdżają ludziom na głowę”, jak choćby nieustannym straszeniem zwolnieniem z pracy, ciągłym wygłaszaniem tyrad o atrakcyjności obecnego zatrudnienia i roztaczaniem przed zatrudnionymi czarnej wizji przyszłości w przypadku, gdyby tę właśnie pracę stracili.
Ludzie starsi, niepewni siebie, zagubieni w nowej rzeczywistości, bez znajomości języka, a nawet okolicy, w której mieszkają… dają się tak bardzo zastraszyć, że naprawdę wierzą, iż poza tą firma nie ma dla nich tutaj żadnej perspektywy.
Ludzie tacy skazani są najczęściej na to, że organizatorzy pracy dowiozą ich do tejże pracy za „niewielką opłatą”, nie skarżą się na nic, nawet jeśli firma oszukuje ich przy wyliczaniu godzin pracy, kiedy firma umywa ręce przy małych wypadkach przy pracy, nie skarżą się na siedmiodniowy tydzień pracy po dwanaście godzin dziennie za najniższą krajową stawkę godzinową.
W firmie tej do normy należy wydawanie poleceń pełnych wulgaryzmów i sugestii, że albo to robisz, albo tracisz pracę. Często dochodzi wprost, bez żadnych wybiegów, do straszenia zwolnieniem z pracy w przypadku niewykonania polecenia.
Przy tym pracodawcy ukazują siebie w świetle zbawicieli biednych rodaków, którym nieustannie pomagają egzystować w emigracyjnej rzeczywistości.
Mój znajomy zwolnił się sam z podobnej firmy po tym, jak miał wypadek i o mało nie stracił stopy. Nie chciał żadnego odszkodowania, nie chciał żadnego procesu, tylko zwolnił się na własne życzenie, gdyż powiedziano mu, że po wyleczeniu stopy będzie mógł do zakładu ponownie wrócić. I on chce tam wrócić!
Pracowałem tam jakiś czas i nieraz włosy jeżyły mi się na głowie, jak traktuje się tam ludzi, jak Polacy traktują Polaków, jak Polacy potrafią Polaków poniżyć, zwymyślać, odmówić, upokorzyć i ewentualnie na koniec zwolnić. Często robią to bez podawania konkretnych powodów. Najczęściej to, ponieważ ja tak chcę, ja mogę albo ja ci pokażę... 
Ileż tam przemocy psychicznej! 
Nie mieści Wam się w głowie.
Osobiście nie doznałem tego typu przemocy, ale były momenty, które mogę zakwalifikować jako delikatne zastraszające sugestie typu: Jeśli nie…, to…
Nie tyle jednak moje położenie, co przyglądanie się położeniu wielu ludzi zdecydowało, że w pracy tej już nie jestem.
Nie było lekko. 
I nie jest. 
W nowej pracy jednak nie spotykam się ze znęcaniem się Polaków nad Polakami, nie słyszę zbyt wielu wulgaryzmów i nikt nikogo nie straszy stratą pracy tylko z powodu własnego widzimisię!
W nowej pracy spotykam wielu obcokrajowców, niekoniecznie Anglików, ale i obcokrajowcami staram się porozumiewać po angielsku i w ten sposób trochę się uczę.

Czy robię to samo, co nie tak dawno krytykowałem, że wychwalam nowe miejsce pracy w stosunku do poprzedniego? NIE! Nie wychwalam, gdyż tego miejsca pracy jeszcze nie znam. Chcę tylko napisać, że spotykam w tej pracy inny typ człowieka i znajduję się obecnie w zupełnie innej rzeczywistości. Tu jest raczej bardziej normalnie. Nie potrafię tego dokładnie określić. Mogę tylko napisać: Nie żałuję, że straciłem tamtą pracę!
Dla pełnego obrazu – w poprzedniej pracy spotkałem wielu wspaniałych ludzi i współczuję im, gdyż naprawdę boją się, że mogą ją stracić i że sobie później nie poradzą. 
Skoro ja sobie poradziłem, to każdy potrafi sobie poradzić!
Czy narzekam, że trafiłem do poprzedniej pracy? 
Absolutnie! 
To nowe doświadczenie bardziej otworzyło mi oczy na tutejsze życie moich rodaków i ludzi.
Czy żałuję, że poznałem niektórych z ludzi? 
Nie! 
Cieszę się, że ich spotkałem. To oni właśnie potwierdzili fakt, że największym wrogiem dla Polaka na emigracji jest drugi Polak!

Znajomy ma kolegę, który od pół roku mieszka w namiocie na Foreście. To park w pobliżu centrum Nottingham. Miejsce, gdzie spotykają się rodziny, aby mile spędzić czas, ale też miejsce cudów i dziwów, o jakich przeciętny człowiek może pomarzyć albo dowiedzieć się z mediów.
Znajomy załatwił koledze pracę, załatwił dojazd do pracy i… po dwóch tygodniach kolega pracę rzucił, i postanowił albo skazał się na powrót do namiotu na Foreście.

Takich historii ludzkich jest tutaj bez liku. 
Gdzież ich zresztą nie ma! 
Zanurzam się w tym coraz bardziej. Coraz bardziej ogarnia mnie fala ludzkiego dramatu. Coraz dobitniej dociera do mnie fakt, że ta ziemia, niegdyś obiecana, stała się dla moich rodaków prawdziwą drogą przez mękę i nierzadko dożywotnim zesłaniem.

Co mnie tutaj czeka?
Zdaję się na łaskę losu.
Nie zamierzam się poddawać, choć nie opuszcza mnie myśl, że wytrzymałość każdego z nas ma przecież pewne granice.

Dobrze, że spotkałem i spotykam tutaj ludzi, którzy ogarnęli jakoś tę rzeczywistość i starają się pomóc innym. To daje nadzieję, że ja też wyjadę stąd na swój sposób zwycięski. 
To, że stąd wyjadę to pewne. Nawet chciałbym! Nie wiem tylko jeszcze kiedy i czy żywy, czy umarły. Tego bowiem nikt nie wie. Dlaczego więc ja miałbym być wyjątkiem?!
Ja tylko wiem, że nic nie wiem!

23 października 2016

Znów się bujam...

Zapiski z emigracji [14]
Pewnie spodziewaliście się, że napiszę dzisiaj coś na temat mojej postawy religijnej. Nie gniewajcie się, ale nie dam rady. Niedawno wstałem po zaliczonej nocnej zmianie w pracy, ale o tym jeszcze będzie. Do tego jestem przed wyjazdem na dzisiejszą nocną zmianę i nie wygospodaruję tyle czasu, żeby zagłębić się w siebie i swojego ducha znękanego angielską codziennością. Łatwiej więc mi pisać o tym, co tu i teraz, niż snuć rozważania nad moim pojmowaniem eschatologii.
W ostatni piątek, czyli przedwczoraj, przeszedłem testy kwalifikacyjne i znów jestem w pracowniczym obiegu. Tym razem spróbuję na dłużej podbić Worksop! Na ile mi się uda, będziecie wiedzieli. To niewielkie miasto w środkowej Anglii. Z historycznego punktu widzenia jest jak najbardziej związane z Nottingham, gdyż to właśnie w okolicach tego miasta rozpoczynał się obszar średniowiecznego lasu Sherwood, w którym rządził legendarny Robin Hood.
Piątkowy dzień był pełen wrażeń. Najpierw wyprawa do Worksopu. Po powrocie siadłem sobie na podwórku, żeby przemyśleć ostatnie wydarzenia. trafiłem na moment, w którym przechodził obok mieszkający po sąsiedzku starszy muzułmanin. Często tędy przechodzi. Spojrzałem w jego kierunku, a on wykonał głową gest przywitania. Odkłoniłem się szybko, a on podniósł rękę na znak przywitania. Zrobiłem to samo.
Pomyślałem sobie, że zaczynam rozpoznawać ludzi z okolicy, a oni rozpoznają mnie. Czyżby zatem przełom w mojej izolacji!? Nie chcę nic przesądzać. Wiem już, jak tutaj wszystko zmienia się z dnia nadzień.
Wybrałem się następnie na wędrówkę po mieście. W pewnym momencie zaczepił mnie Murzyn i zapytał o drogę do banku. Wiecie, jaką mam blokadę na mówienie w języku angielskim? Są chwile, że nie mogę wydusić z siebie słowa. Wtedy jednak, jakoś automatycznie wskazałem mu drogę. Podziękował mi i rozstaliśmy się, a ja nie potrafiłem się ruszyć z miejsca. Taki byłem zdziwiony, że coś w tej materii zaczyna pękać.
Jeszcze po zapadnięciu zmroku, ponowne przywitanie z innym staruszkiem muzułmaninem z sąsiedztwa (mieszka ich tutaj dość dużo). To nie tyle było przywitanie, co wymienienie uprzejmych słów.
Tylko niech nikt mi nie mówi, że zaczynam czuć się u siebie!
Poczekajmy!
*
Wracam, jak bumerang do krótkiej Niemieckiej emigracji. Zapisałem wówczas takie wrażenia i fakty:
Dzisiaj znów pracowałem tylko do przerwy. Odnoszę dziwne wrażenie, że właściciele za mną nie przepadają. Czuję też, jakby się mnie obawiali.
Fakt, żaden z Polaków jeszcze pewnie tak nachalnie nie prosił i nie dopominał się wi-fi. Zresztą, po co tu Polakom wi-fi?
A jak się przy tym przy odmowie dostępu pokrętnie tłumaczyli!
Z drugiej strony nie biegnę z językiem na brodzie, gdy nakażą mi coś tam zrobić. Spokojnie wykonuję swoją pracę, jak robią to Niemcy. Płacą mi poniżej najniższej krajowej, więc z jakiej racji miałbym się wychylać albo tracić dla nich zdrowie?
Ale faktem jest, że Polacy sami się prześcigają w wykonywaniu poleceń. Myślą, że kto pierwszy dobiegnie i przyniesie kość, pan pogłaszcze ich i pozwoli położyć się u swoich nóg.
Codziennie odciągają mi …€ za mieszkanie, w którym od lat nie było nic zrobione i panują chlewniane warunki. Płacę jak za średniej jakości hotel w Polsce i nie mam nawet dostępu do Internetu. Czy to nie śmieszne w Europie Zachodniej?
Od znajomych wiem, że kilkadziesiąt kilometrów stąd nie ma z tym problemu. Cóż, tam widocznie mieszkają normalni ludzie.
Zatem wszystko zależy od ludzi.
Moi pracodawcy widocznie nie lubią ludzi, którzy się uśmiechają, chcą się uczyć codziennie kilka słówek w języku obcym, rozmawiają z Niemcami, którzy chętnie im odpowiadają i pomagają. Poza jedną Niemką, wszyscy są dla mnie bardzo mili, a ja dla nich uczynny.
Jeszcze o właścicielach. Mam dziwne wrażenie, że oni potrzebują pracowników głupszych od siebie, żeby się w ten sposób dowartościować. Żeby pracownicy biegli wykonywać pracę zaraz po usłyszeniu i zrozumieniu polecenia.
Zobaczymy, co przyszłość przyniesie.
Najlepiej będzie to zakończyć, przemyśleć i następnie zapomnieć.
*
Ta emigracyjna przygoda przygnębia mnie.
Z przerażeniem sobie jednak uświadamiam, że to dla mnie prawdziwa przygoda.
Czy tak jest wszędzie na emigracji?
Nie!
W, że tak jest wszędzie na emigracji, nie uwierzę, ale tęsknię za samotnością i mieszkaniem w normalnych warunkach. No i żeby nikt mi nie zaglądał przez ramię, co piszę albo czytam.
*
Emigracja w ojczyźnie Robin Hooda to zupełnie inna bajka niż ta w kraju Ottona!
Ale i tu, i tam odniosłem wrażenie, że ktoś chce z nas zrobić konie pociągowe własnego wozu, na którym właśnie jedzie. I najsmutniejsze jest to, że woźnicą tegoż wozu są najczęściej Polacy.
Tutaj w Anglii grupowe miejsca pracy nazywane są często obozami pracy. Na ile to prawda, a na ile mit, spróbuję to roztrząsnąć, ale jeszcze chwila. Niech się rozliczę z notatek z poprzedniej emigracji i poruszę inne tematy, a wtedy przyjdzie czas na to, co widzę, słyszę i czego doświadczam ostatnio.

A teraz wybieram się do pracy!
Miłego niedzielnego popołudnia!

Bywajcie! 

20 października 2016

Nie jestem w Raju...

Zapiski z emigracji [13]
Chcę odrabiać zaległości i będę to robił. choć wiem, że łatwo nie będzie. Ale nie odpuszczę! 
Wczoraj jeden ze znajomych powiedział do mnie, że miejsce, w którym mieszkamy, w którym żyjemy wciąga człowieka swoim zdemoralizowaniem i patologią.
On pływa w tym, jak ryba w wodzie, ale ci, którzy przybyli tu niedawno z pewnością przeżywają szok.
Nie ukrywam, że ma wiele racji.
Ja widzę jednak codziennie uśmiechnięte dzieciaki, które najczęściej bawią się gromadkami na ulicy, na ulicy grają w piłkę, na ulicy siadają i rozmawiają.
Codziennie widzę takiego chłopca, może dziesięciolatek, który przechodzi obok mojego miejsca zamieszkania po to, aby zrobić zakupy w pobliskim sklepie albo niesie ze sobą piłkę i idzie pewnie pograć z kolegami.
Dzieci to najpiękniejsza część tego świata!
*
Jakiś czas temu inny znajomy z pracy (w której już mnie nie ma) po skończonej zmianie i przed odjazdem do domu powiedział mi: Marek, musisz być skurwielem, jak inni!
Dzięki! Odpowiedziałem, ale do klubu skurwieli nie zapiszę się, choćbym miał to przypłacić powrotem do kraju goły jak święty turecki.
*
Pamiętam, jak w Niemczech, po skończonej pracy pojechaliśmy na zakupy. Po drodze zaliczyliśmy policyjną kontrolę. Wszystko było w porządku, ale nas wylegimitowali. Chłopaki się zestresowali, choć nie wiem czym, ponieważ nie mieliśmy przy sobie nic, o co mogli policjanci się przyczepić ani nie jechaliśmy niezgodnie z przepisami. Ale kontrole policyjne tak na ludzi działają.
Po powrocie z zakupów chłopaki wysadzili mnie przed domem i ruszyli załatwiać swoje sprawy. Kolega miał klucze, ale mi ich nie dał. Stwierdził bowiem, że drzwi będą i tak otwarte! Dał mi za to komórkę do naładowania i pizzę do schowania w lodówce.
Tymczasem drzwi były zamknięte. Zadzwoniłem do głównych drzwi wejściowych. Nikogo w środku. Żadnego samochodu na podwórku. Wszystko wskazywało na to, że domowników nie ma. Tymczasem zaczął padać rzęsisty deszcz.
Zacząłem sprawdzać czy któreś z drzwi w obejściu są otwarte. Na szczęście tzw. „sklep”, czyli niewielka hala do pakowania warzyw, był otwarty i schroniłem się tam przed deszczem. W innym wypadku musiałbym siedzieć albo w szklarni, albo pod wiatą i czekać na czyjkolwiek powrót.
Przeczekałem tam ponad kwadrans, zanim pojawił się któryś z domowników i wpuścił mnie do mojego pokoju.
Chłopaki przyjechali po dobrej godzinie czy dwóch i stwierdzili, że to przecież nic takiego, nawet gdybym trochę zmókł!
*
To powyżej przypomniałem sobie, ponieważ tutaj również nikt z parasolem nie zaprasza do siebie moknących na deszczu.
To taka metafora dotycząca Polaków na emigracji.
Moje przygnębienie nie wynika z tego, że jakaś tam praca się skończyła, ponieważ zacznie się jakaś tam inna, ale z tego, że dostrzegłem w tej pracy, jak Polacy Polakom potrafią dokuczyć, jak potrafią poniżyć i upokorzyć, a gapie (też Polacy) ile mają przy tym radości.
Z moich obserwacji i doświadczeń wynika, że Polacy (nie czytaj: wszyscy) są tu najlepsi w dokładaniu swoim rodakom. Przedstawiciele innych nacji potrafią się tutaj ze sobą solidaryzować i wspierać siebie nawzajem. Ale podkreślę, że nie ma ludzi odstających od tej reguły.
*
Zauważyłem też, że jeśli Polakowi uda się tutaj zmienić pracę, to praca ta koniecznie musi być „lepsza”! Ile jest przy tym narzekań na dawnego pracodawcę i ile jest przy tym równocześnie pochwał dla nowej pracy i nowego pracodawcy!
Już nie mogę tego słuchać!
Nie napiszę też czym wychodzą mi pochwały nowych miejsc pracy i nowych pracodawców.
Podam przykład jednego z moich znajomych, który wcześniej pracował ze mną, a później zmienił pracę. Jakże on tę nową pracę wychwalał! Pracował tam zaledwie jeden dzień!
W tym tygodniu spotkałem innego znajomego, który przeszedł tę samą drogę, co poprzednik. Mówił, że wcale nie jest lukierkowo, gdyż pracę tę można stracić bez najmniejszego powodu!
Prawdy trzeba szukać pośrodku, pomyślałem!
*
Jakiś czas temu odwoziłem ludzi z pracy do domu. Skład: trzy kobiety, trzech mężczyzn i ja. Dwaj mężczyźni nie odzywali się zupełnie, ale za to najmłodszy chciał najwyraźniej wywrzeć wrażenie na kobietach i kreował się na znawcę tutejszych realiów mieszkania i pracy. Wyjaśniał, jak i gdzie kupić najtańsze papierosy; jak walnąć wódę albo coś więcej w czasie pracy, żeby było bez konsekwencji; jak bezczelni są pracodawcy (tu miał trochę racji) i jak można ich bezkarnie wydymać.
Na koniec pochwalił się, że właśnie miał wolny dzień, nie wiedział, co ze sobą zrobić, poszedł więc do salonu tatuażu i zrobił sobie obrazek – wstęgę miłości z imieniem żony.
Piękne! Nieprawdaż?
Dodał jednak później, że nie wie dlaczego to zrobił, gdyż z żoną jest właśnie w trakcie rozwodu.
Kobiety były zachwycone opowieścią. Bawiły się tym w najlepsze.
To obłęd, pomyślałem. I choć krew się we mnie burzyła od bliskiego przebywania z takimi ludźmi, nie odezwałem się słowem.
Nie jestem tutaj przecież po to, żeby psuć niektórym wielką radość z równie wielkiej głupoty!
*
Pewnego dnia podczas jazdy do pracy wyskoczyła nam na drogę sarenka. Puk i pojechaliśmy dalej, ale niesmaczne wrażenie pozostało dość długo.
Na szczęście wtedy nie ja prowadziłem!
Innego dnia znajomy z pracy mówi mi w czasie tej pracy, że idzie właśnie na zabieg.
Nie było go minut kilka, po czym wrócił zupełnie odmieniony i zakomunikował mi, że zabieg jak najbardziej się udał.
Inny znajomy z pracy i w pracy oznajmił mi, że najbardziej chciałby być ginekologiem. Wyjaśnił mi przy tym dokładnie, według jakiego klucza przyjmowałby swoje pacjentki, a jakie nie miałyby u niego szans.
Skończę ten wątek w tym miejscu, bo nie ma o czym pisać.
*
Teraz może o moim milczeniu na blogu i o zmianach, jakie zauważyłem.
W ostatnim tygodniu Odbiorcy z USA prześcignęli tych z Polski. Pojawili się Odbiorcy z Litwy. Mam też sieciowych znajomych we Francji, Kenii, Rosji, Belgii, Niemczech, Hiszpanii, Indiach.
Tyle pokazał mi w statystykach wujek Google.
Dzięki za odwiedziny i zainteresowanie.

Tutaj z dnia na dzień może być tylko lepiej…

Nie jestem w Raju! To wiem!
A czy jestem już w Piekle?! Tego jeszcze nie wiem!


Pozdrawiam wszystkich serdecznie!


5 października 2016

Z kraju tego....

Zapiski z emigracji [12]
Dzisiaj pracowałem dwanaście godzin. To nic trudnego. Warto czasami się sprawdzić. A jeśli jeszcze owo sprawdzanie siebie wychodzi, to już jest całkiem nieźle, mimo późniejszego zmęczenia mięśni i umysłu.
Wychodziłem dzisiaj na kolejną przerwę w korowodzie ludzi. Obok mnie szedł chłopak, nie, mężczyzna, który plunął sobie pod nogi. Nagle słyszę kobiecy głos: Co ty, kurwa, robisz? Przecież ja tu sprzątam!
Nie było żadnej reakcji ani ze strony plującego, ani ze strony ludzi w korowodzie.
Skąd oni się biorą? Pytał kobiecy głos.
Z Polski! Odpowiedziałem w myślach. Jeszcze bowiem nie czas, abym takie przemyślenia wypowiadał na głos.
Później sobie pomyślałem o Norwidzie i jego Z kraju tego, gdzie kruszynę chleba podnoszą z ziemi przez uszanowanie….
I opamiętałem się, żeby nie mieszać tych dwóch światów!

Wczoraj wspomniałem o wspomnieniach z niedawnej emigracji niemieckiej. Przypomniało mi się, jak któregoś dnia pracowałem w tak zwanym „sklepie”. To było cś w rodaju małej linii produkcyjnej w rodzinnym zakładzie. Pracowałem tam z kobietami. Pakowaliśmy warzywa. W zdecydowanej przewadze byli Niemcy.
Nikt nikogo nie poganiał. Każdy miał czas na wykonanie swojego zadania. Dużo rozmów, śmiechu. Nic, tylko pracować!

Szczęcie trwało krótko. Szefowa przed lunchem powiedziała, ża mam dzisiaj wolne popołudnie!

Kiedy z tą wiadomością przyszedłem do chłopaków na lunch, ucieszyli się z tego, że pauzuję do końca dnia.
Kiedy widziałem ich zadowolone miny, powiedziałem, że nawet się cieszę. Wezmę prysznic, posprzątam i ruszę na spacer.
Pod koniec przerwy zaczął jednak padać deszcz. Zatem ze spaceru wyszły nici.
Wziąłem prysznic, wyniosłem kosz i posprzątałem.
Do powrotu chłopaków pouczę się  języka niemieckiego, a później popiszę, pomyślałem i tak zrobiłem.
Widziałem prze okno, jak pada.
No to chłopaki mają swoje godziny, myślałem.
Nie czułem żadnej satysfakcji, choć wcale nie było mi ich żal.

Dowiedziałem się później, że chłopaki poprosili szefową o zaliczkę. O mnie żaden nie wspomniał, choć wiedzieli, że nie mam grosza przy duszy.

Dzień skończył się tak, że chłopaki wrócili w niecałą godzinę po przerwie, przemoknięci i zmarznięci.
Co o tym myśleć?
Nic! Choć podpada to pod jakąś tam sprawiedliwość trochę wyższą niż polska temida!

A ja wyjechałem tam tylko po to, żeby odrabiać jakieś tam zaległości finansowe!

Jutro jeszcze trochę…


3 października 2016

Co jest, a co będzie?

Zapiski z emigracji [11]
Od kilu dni „chodzi” za mną wiersz Zbigniewa Herberta, a raczej fragment Prologu:
Wyrzuć pamiątki. Spal wspomnienia i w nowy życia
strumień wstąp.
Jest tylko ziemia. Jedna ziemia i pory roku nad nią są.
Wojny owadów – wojny ludzi i krótka śmierć nad miodu kwiatem.
Dojrzewa zboże. Kwitną dęby. W ocean schodzą rzeki z gór.
Zbigniew Herbert to jeden z najbardziej ulubionych przeze mnie poetów, eseistów i.... On, w moim młodzieńczym życiu, pokazywał mi swoją twórczością, jak płynąć pod prąd, bo, jak to on powiedział, z prądem płyną śmieci.
Nie wiem, skąd przyleciał ten fragment jego twórczości do fabrycznej hali pełnej hałasu i ludzkich nerwów?
Lubię też jeden z cytatów z jego dramatu Jaskinia filozofów, gdzie jedna z postacie mówi: Nic tak nie wzmacnia ducha, jak ranne wstawanie i alternatywa,
Ranne wstawanie mam codziennie, praktycznie wstaję przed słońcem. Natomiast jeśli idzie o alternatywę, to nie widzę jej na razie na horyzoncie jutra.
Nie narzekam jednak i trzymam się tego, co jest. Płynę zatem trochę z prądem, ale, jak wspomniałem przed chwilą, nie mam na razie wyboru. Z jednej strony trochę boję się zmian. Z drugiej – poraża mnie ta niepewność o jutro w tym emigracyjnym raju wymarzonym.
Skupiam się na tym, aby myśleć o sprawach istotnych – porozmawiać codziennie z najbliższymi, nie zapominać o zobowiązaniach, pielęgnować miłość do ludzi mi bliskich i spróbować zrozumieć tęsknotę za najbliższymi; tęsknotę, która trawi mnie od jakiegoś czasu, z którą muszę oswoić, aby była cząstką mojej codzienności, a nie, jak teraz, jej podstawowym elementem.
Cieszę się, że zdrowie mnie nie opuszcza, sił czasem brakuje, ale nadrabiam dobrą miną.

Pamiętam, jak wyrzucałem sobie w Niemczech, że przepalałem dziennie 2€. W Nottingham trawię na ten paskudny nałóg przeciętnie 2,75£. Zatem najwyższy czas, żeby coś z tym zrobić i dojrzewa we mnie myśl o decyzji, żeby dać sobie codziennie więcej czasu dla siebie, ponieważ rzucenie palenia, to dla mnie danie sobie kilkudziesięciu minut dziennie na rozmyślanie o tym, po co tu jestem.

W pracy, którą wykonuję, lubię to, że mam czas dla siebie. Mogę do woli rozmyślać, modlić się, nucić piosenki, recytować fragmenty zapamiętanych wierszy.
Minusem jest to, że coś mnie tam ciągle kąsa. Wystarczy, że zauważę jaką meszkę czy innego latającego stwora, a już po kilku minutach mam bąbla na przedramieniu czy szyi. Początkowo mnie to przerażało i frustrowało. Teraz dociera do mnie myśl, że muszę to przejść, uodpornić się, zahartować. Jak będzie, zobaczymy!
Dzisiaj w pracy, żeby nie zostawać na dwanaście godzin, uciekłem się do kłamstwa. Nie byłem w stanie tyle pracować. Na jutro natomiast już potwierdziłem, że zostanę dłużej.
Moje myśli dosłownie galopują. W poczekalni czeka dokończenie Samorządowego getta, czeka inna książka, a na horyzoncie pomysłów pojawia się kolejna pozycja o tym, co tutaj.
Będzie to firma fabularyzowana forma pamiętnika. Jest tu tyle spraw do opisania, że Szczęśliwego Nowego Jorku zdaje się blednąć.
Przypominają mi się chwile z krótkiej emigracji w Niemczech. O tym jednak napiszę innym razem. Dorzucę coś stąd i postaram się być na bieżąca, bo jestem to winny czytelnikom z krajów, które wymienię w następnym poście, a którzy, mimo moich zanudbań na blogu, zaglądają tam co jakiś czas!


SATANISTA – ALKOHOLIK – czy ANIOŁ?

  Nie o Boyu Żeleńskim będzie to wpis, ale o Przybyszewskim Stanisławie, którego Boy znał osobiście. Muszę też od razu napisać, że o ile bar...