29 października 2016

List do kraju...

Przygotowuję właśnie materiały i notatki na temat Święta Zmarłych. W Nottingham jeszcze dzisiaj, w Polsce już wczoraj, otrzymałem wiadomość, że zmarł Tadeusz. Nie mogłem nic sensownego zrobić przez cały dzień.
Napiszę tylko, że zabrakło w moim życiu kolejnego fajnego znajomego. Niedawno zabrał się stąd Zygmunt, teraz Tadeusz. Pomniejsza mi się grono znajomych na ziemi i powiększa Tam, gdzie sięgnąć nie mogę umysłem, a wiarę mam zbyt małą, aby bezkrytycznie przyjąć Słowo.
Mam zatem dwie osoby więcej do wspominania, kiedy będę snuł się we wtorek po starym cmentarzu w Nottingham niedaleko Forestu.
To piękne miejsce. Przepełnione ciszą i mądrością wszystkich, których ciała tam odpoczywają. W tym miejscu znajduję tyle spokoju, ile mi właśnie na chwilę obecną potrzeba, a wśród żywych o spokoju mogę co najwyżej pomarzyć.
Kończy się powoli ten smutny piątek. Za 32 minuty będzie już sobota i wszystko, co dzisiaj, stanie się wspomnieniem.
Dobrze, że mogę pisać, gdyż w innym wypadku przyszłoby mi tutaj zwariować jak nic.
Kiedy byłem w Polsce słuchałem mitów o emigracyjnym życiu, o łatwiźnie znalezienia tutaj pracy, utrzymaniu jej, kokosowych zarobkach i życiu na luzie, o jakim żaden z moich rodaków w kraju nad Wisłą może tylko pomarzyć.
Powoli dociera do mnie smutna emigracyjna rzeczywistość większości Polaków, jakich tutaj poznałem i tych, których historię znam z opowieści.
Początkowo ogarniał mnie wielki smutek, a nawet rozpacz. Albowiem tylko znane mi jednostki potrafią tutaj egzystować, choć czują się wyobcowane i nierzadko odliczają dni, kiedy znów wyjadą na krótki czas do Polski.
Teraz budzi się we mnie gniew na tę całą angielską rzeczywistość, która z wielu moich rodaków uczyniła albo współczesnych niewolników, albo pozwala na manipulowanie i wykorzystywanie ludzi uczciwych, spokojnych, jadących tutaj tylko po to, żeby pracować i poprawiać swój byt.
Szczęśliwi, którzy przyjechali tutaj do rodziny, mieli ogarnięte mieszkanie i pomoc w załatwieniu pracy. Gorzej z tymi, którzy nie mają tutaj nikogo poza znajomymi, którzy biegają od pracy do pracy i ledwo łączą koniec z końcem.
Moi znajomi pracują w agencji zatrudnienia, która potrafi w ciągu tygodnia dwa, trzy razy zmienić im miejsce pracy. Do tego widomość o zmianie otrzymują na trzy, cztery godziny przed rozpoczęciem pracy.
Znam przypadek zwolnienia Polaków z pracy za to, że wysikali się pod krzaczkiem na parkingu i zauważył to ochroniarz. Przy czym pod tym krzaczkiem szczać może każdy angielski pies i nikt nie zwróci na to uwagi. Ochroniarz może wtedy co najwyżej pogawędzić sobie z właścicielem psa i życzyć obu miłego dnia.
Jednego z moich znajomych szefostwo ukarało zawieszeniem w pracy za to, że poczuli od niego trawkę. Nie widzieli, jak palił, nie zbadano go, tylko od razu odsunięto od pracy. Trwa to już trzeci tydzień i nikt się do niego nie odzywa. Na szczęście chłopak jest tu już kilka lat i nie przejmuje się tym zbytnio, tylko organizuje sobie zajęcie w Szkocji.
Tutaj to powszechny pracowniczy zwyczaj ukarać człowieka dwu albo trzytygodniowym bezrobociem. Każdy wie, że po dwóch tygodniach, kiedy pieniądze topnieją, zaczynają się schody z opłaceniem mieszkania czy pokoju, a następnie zaczyna brakować na jedzenie. Łatwo wtedy złamać człowieka.
Dlatego ogarnia mnie coraz większa złość na to wszystko, co tu widzę i czego trochę już doświadczyłem.
Regułą tutaj jest zawiadamianie pracowników każdego dnia sms-em, że potrzebują go dzisiaj w pracy. Wszyscy moi znajomi czekają codziennie z niecierpliwością na wiadomość o tym, że idą do roboty.
Nie poznałem Polaka, który byłby spokojny o swój jutrzejszy byt. Każdy liczy się z tym, że w każdej chwili mogą go nie wezwać do pracy, że dzisiaj może zabraknąć dla niego miejsca, które zajmie jakiś Anglik, nawet nieudacznik i dużo mniej wydajny niż pozostawiony w domu Polak.
Czuję z dnia na dzień, jak twardnieje mi skóra, jak uodparniam się na tę angielską praktykę i traktowanie w tym kraju obcokrajowców.
Nie zamierzam się poddać, nawet gdybym jutro nie został zawołany do pracy. Jestem zdeterminowany. Przyjechałem tu w określonym jasno celu i nie mam zamiaru wracać do kraju, dopóki celu tego nie osiągnę. Żaden angielski menager czy też jakiś pokopsany Polaczek pracujący w biurze agencji pracy nie złamią mnie i nie odciągną mnie od moich postanowień.
Mało, postanowiłem tu być trzeźwy jak świnia i tak jest. Za każdym razem, kiedy natrafiam na jakiekolwiek schody z pracą i osiągnięciem celu, jeszcze bardziej umacniam się w swoich postanowieniach.
Nie wiem, jaką cenę przyjdzie mi za to płacić, ale nastawiony jestem na wiele wyrzeczeń, byleby dopiąć swego.
A póki co, to będę pewnie co jakiś czas dowiadywał się, że w Polsce kogoś mi znów zabrakło do pogadania i znów smutno zrobi mi się na duszy. Taka typowa ludzka przypadłość, bo przecież wiara moja zakłada, że wszyscy Ci, co pobiegli za horyzont czasu, są właśnie u siebie, a ja ciągle w podróży.
Walczę zatem o siebie i nie mam zamiaru przestać, i wszystkim tego życzę w końcówce października!


 Mam wrażenie, jakby prześladował mnie tutaj pech. Za cokolwiek się wezmę, bierze w łeb. Tylko świadomość, że każda góra ma przecież swój szczyt, mobilizuje mnie, żebym jeszcze bardziej postarał się i jak najszybciej go osiągnął. 
Wtedy będzie z góry!

26 października 2016

Goose Fair

Skąd ten tytuł i po co o tym będę pisał pod etykietą „Ja – Gnostyk czy Heretyk?!”, wyjdzie w praniu. Albo od razu napiszę, że nam, dzieciom czasów nieokiełznanej konsumpcji igrzysk dziś trzeba, bo chleba mamy pod dostatkiem, a wiary tyle co brudu za paznokciem.
Goose z angielskiego można przetłumaczyć jako gęś albo głupek. Natomiast fair jest już  wyrazem wieloznacznym i może oznaczać: jarmark, piękny, słuszny, prawy… Poprzestańmy na tym, ponieważ mnie o jarmark właśnie idzie.
Goose Fair w Nottingham jest dorocznym Jarmarkiem Gęsi, a tak w praktyce to ogromne wielkie wesołe miasteczko, które corocznie nawiedza to miasto w pierwszym tygodniu października. W tym roku wystartowało 5 października, a ludność Nottingham i okolic dosłownie oszalała. No może nie wszyscy, bo mnie tam nie było, pojawiłem się tylko na chwilę, żeby zrobić kilka zdjęć i nagrać krótki film. Tak obiecałem Synkowi i słowa musiałem dotrzymać.
Goose Fair w Nottingham to przede wszystkim rozrywka dostarczana ludności przez wędrownych artystów, którym dzisiaj z pomocą przychodzi wszelkiej maści sprzęt rozrywkowy, jak choćby karuzele, katapulty, wyrzutnie itp. Zresztą, któż z Was nie widział wesołego miasteczka, może nie każdy wesołe miasteczko wielkości dwóch czy trzech stadionów piłkarskich, ale każdy jakieś tam widział.
Goose Fair to jeden z trzech (największy) jarmarków w Zjednoczonym Królestwie. Mniejszy to Goosey Fair w Tavistock Devon oraz równy jemu jarmark Michaelas Goose Fair w Colyford w East Devon.
Jarmark w Nottingham swoimi początkami sięga XIII wieku. Początkowo było to wydarzenie handlowe, któremu towarzyszyła rozrywka. Jego nazwę należy wywodzić od wydarzenia uprowadzenia tysięcy gęsi z Lincolnshire do Nottigham, gdzie ptaki te następnie sprzedano.
Pierwotnie jarmark obywał się w ostatniej dekadzie września. W 1752 roku, po wprowadzeniu w Anglii kalendarza gregoriańskiego, przesunięto termin imprezy na pierwszy tydzień października. Natomiast w 1800. roku skrócono czas trwania jarmarku z ośmiu do trzech dni.
Zatem w tym roku potocznie nazywany Forest oszalał od 5 października. Było tak głośno, że znajomy mieszkający naprzeciwko Forestu na ten czas przeniósł się mieszkać do dziewczyny. Nie szło zasnąć do późnych godzin nocnych, zwierzał mi się po drodze z pracy. Jakbym został u siebie, na pewno do roboty bym nie wstał. Mówił.
Wierzę mu, ponieważ sam mieszkam dobrych kilkaset metrów od parku, a muzykę było słychać, jakby ktoś muzykował zbyt głośno zaledwie ulicę dalej.
Bodajże w czwartek, 6 października, po zapadnięciu zmroku pojawiłem się tam na chwilę, żeby zrobić wspomniane zdjęcia i film. Od razu stwierdziłem, że do środka nie wchodzę. Dosłownie tłumy i to niekoniecznie dzieci. Zresztą dzieci po zmroku czy nocą raczej z wesołego miasteczka nie korzystają.
Był to zatem czas zabawy przede wszystkim dla dorosłych, zwłaszcza w porze nocnej.
A ile tam rozpusty!
A ile alkoholu! Oczywiście oficjalnie alkoholu tam wnosić nie wolno było.
A ile pobić, kradzieży, zagubionych rzeczy…
Żadne statystyki tego nie podadzą.
Od dorosłych znajomych znam tylko ich zachwyty, jak to było pięknie, jak głośno, jak kolorowo! Dosłownie wszyscy znajomi, co się tam bawili, byli w siódmy niebie, opowiadając o tym, a opowiadali o tym, co zdołali spamiętać, a ile nie pamiętali, to tylko w Niebie wiedzą.
I mnie od tych zachwytów rozbolała głowa.
Cholera, pomyślałem, przecież to są dorośli, a o karuzelach, wyrzutniach i innych atrakcjach opowiadają, jak dzieci i jak dzieci się cieszą.
Następnie przyszła refleksja, że przecież mamy być jak dzieci. Tak mówił przecież Chrystus.
Tylko z drugiej strony czy miał właśnie na myśli tego typu zabawy, rozrywki, uciechy?
Chyba chodziło Mu, że mamy być jak dzieci w kwestii wiary czy poznania. Bezkrytycznie przyjmować odgłosy naszego serca. A serce ludzkie, nie to bijące w piersiach, ale to duchowe, nieogarnione, nienazwane, jest z natury dobre, bo przed powstaniem czasu Bóg w to serce tchnął nefesz.
I na koniec.
Jakiż jarmark trwać musiał w Jerozolimie, gdy tłumy z całej okolicy zbierały się na Paschę!

Pozdrawiam!

PS
Wiem, że zdjęcia są kiepskiej jakości. Mój aparat telefoniczny ma jednak swoje lata, jak jego właściciel. dlatego nie wymagajcie od nas zbyt wiele!
No i dlaczego w ogóle pisałem o Goose fair w Nottingham? 
Ano, idąc wczoraj obok Forestu, zauważyłem kopuły cyrku i cały ten przeszły jarmark przypomniał mi się! 

 No i tyle na dzisiaj! 

Za godzin kilka pracuję! 
A kto ma spać, niech śpi!

Na razie!

25 października 2016

Nie pojmuję, po co...

Zapiski z emigracji [17]
Miałem dzisiaj odpocząć od zapisków z emigracji, ale miałem też trochę zajęć i dopiero będę mógł przysiąść do zrobienia rysu nowego posta o miejscu, w którym obecnie mieszkam, a ponieważ mam jeszcze notatki z niemieckiego „zesłania”, zatem wykorzystam je i ponudzę Was jeszcze tym, co było na początku tego kończącego się powoli roku.
Pod datą 12 lutego w piątek zanotowałem:
Chłopaki ostro oglądają jakiś tam niemiecki serial. Nie wiem tylko po co, ponieważ i tak nic albo tylko ułamek rozumieją z tego, co tam się mówi.
Dosłownie zaczynam rzygać wulgaryzmami, z którymi przyszło mi się tutaj zmierzyć. Uszy mi więdną od słuchania najróżniejszych i jakże wcale nie wymyślnych wulgaryzmów w najróżniejszych miejscach, jak choćby podczas jazdy samochodem. Naprawdę, mam powoli tego dość.
Niemka, która się do tej pory do mnie nie uśmiechała, dzisiaj przełamała się i po jakiejś tam mojej małej pomocy w pracy uśmiechnęła się. Cieszę się z tego, ponieważ mam następną osobę, która będzie mnie poprawiała w moim językowym raczkowaniu.
Niemiecki dość trudno mi przychodzi, ale nie poddam się i będę dalej się uczył, rozmawiając z ludźmi i dodatkowo z książki, którą dostałem, a do tego będę się posiłkował wymową z komputera.

Tak bardzo mi nie pod drodze z towarzyszami mojej obecnej podróży, że będę musiał drastycznie coś zmienić.
Tylko co?
Tego jeszcze nie wiem!

W sobotę 13 lutego natomiast zapisałem:
Niecałe 6 godzin pracy i wolne! Oczywiście chłopaki pracowali dłużej. Nie zazdroszczę im, a nawet się cieszę, że mam więcej wolnego.
Z jednym z pracowników po południu pojechałem do sklepu i wróciłem sobie pieszo. Cieszę się, że nie muszę jechać z chłopakami i wysłuchiwać kanonady wulgaryzmów. Pogoda mi dopisała, zatem miałem przyjemny spacer! No i mogłem pobyć ze sobą sam na sam, czego mi tak bardzo brakowało i brakuje!
W drodze powrotnej ze sklepu postanowiłem, że od marca nie będę jeździł z chłopakami na zakupy, tylko będę chodził pieszo dwa, trzy razy w tygodniu i robił sobie zakupy na zapas. Tu nie idzie o to, że nie chcę płacić za dojazd, tylko odpuszczam sobie wysłuchiwanie po drodze całej masy przekleństw na kierowców i wszystkich, którzy pojawią się w zasięgu wzroku. Do tego, jadąc z nimi ciągle muszę się spieszyć. Chłopaki bowiem zawsze się spieszą gdzieś tam i po coś tam.
Wieczorem chłopaki gdzieś wybyli. O spokoju jednak mogę zapomnieć, gdyż gospodarze świętują dzisiaj urodziny starszego syna. Nie wiedziałem, że Niemcy na imprezach tak się wydzierają. U nas to nie do pomyślenia, choć muszę pamiętać, że najbliższy sąsiad mieszka kilkaset metrów stąd. Zatem „szlachcic na zagrodzie równy…”, kto więc im może zabronić ryczeć jak stado jeleni!
Nie mogę się skupić na niczym, co skupienia wymaga. Próbowałem pisać, czytać i uczyć się, ale cienko mi to szło. Oglądam więc telewizję Trwam – jedyny polski kanał telewizyjny, który mam do dyspozycji.

Gdy chłopaki wrócili, gospodarz dał im dla nas jedzenie. Miło. Taki fajny odruch z jego strony, bo w pracy jest raczej czepialski i nieprzyjemny.

Ciąży mi tutaj jakaś dziwna samotność. Jakbym nie był wśród "swoich". Może to towarzystwo, może lekkie załamanie po niespełna miesiącu na obczyźnie?
Wytrzymam, ile trzeba!

Jeden z chłopaków postanowił właśnie grać tak głośno muzykę, żeby zagłuszyć imprezujących na dole. Wstyd! Za wszelką cenę dać o sobie znać. Poza tym, co ci na dole pomyślą sobie o nas.
Muszę przyznać, że trochę mi wstyd za Polaków tu poznanych. Swoim zachowaniem pracują uczciwie na to, aby nie traktowano nas z szacunkiem.

A oto cytaty zapamiętane podczas wspólnie spędzonego czasu z chłopakami:
Gdzie chuju, pierdolony biegniesz? Dotyczyło mężczyzny, który biegał.
O kurwa, błazen pobiegł! Ty razem biegacz ubrany w strój odblaskowy.
Cześć brodaty chuju! Dotyczyło jakiejś postaci z filmu oglądanego przez chłopaków.
Film jest po niemiecku, więc chłopaki skupili się na zewnętrznej ocenie postaci.
Ja ciebie też kocham, kurwa, ale wyjdź z tego telewizora. To komentarz do kwestii jednej aktorek, która wyznawała filmowemu partnerowi miłość.
A spierdalaj! To również do kogoś występującego w telewizji.
Ty rudy chuju! Znów oberwało się komuś z telewizji!
Pierdolony, Goebbelsie! Nie wiem dlaczego tak określono jednego z aktorów.
Pierdolę cię!
Ponieważ zdążyłem zapamiętać dosłownie ułamek tego, co słyszałem, a film chłopaki oglądali dosłownie kilka minut, to jestem pod wrażeniem językowej wrażliwości widzów.
Z drugiej strony już wiem, jak wygląda nauka języka obcego poprzez oglądanie telewizji.

Czuję się znękany, a jeszcze nie ma północy.

We wtorek 16 lutego zapisałem:
Po pracy jeden z chłopaków przybiegł i powiedział mi, że po moim wyjściu z hali szef sprawdzał, jaką godzinę zapisałem przed wyjściem. Po skończonej pracy zapisujemy bowiem na wywieszonym grafiku dnia godzinę zakończenia pracy.
I co z tego? Zapytałem i dodałem: Zapisałem dokładnie taką godzinę, jaką widziałem na zegarze znajdującym się na hali.
Dopiero później zrozumiałem, że ta informacja zawierała inną niż dosłowna treść. Informujący sugerował mi, że szefostwo mi nie wierzy, nie lubi mnie i sprawdza mnie na każdym kroku.
To tutaj takie normalne, pokazać komuś, że przełożeni mu nie ufają, że jest się gorszym pracownikiem, że szefostwo kogoś tam nie lubi. 
Lubi za tych, którzy innych o takich sprawach informują.
A zatem chłopaki za wszelką cenę chcą mi pokazać, jak mnie szefostwo nie lubi. Jak mi nie ufa. Jak oni są górą!

W sumie to na dzisiaj wystarczy. Jeszcze kilka wpisów i będę miał za sobą swoją pierwszą zarobkową emigrację rozpisaną.
Przyznacie, że to nic ciekawego albo że to norma. To wszystko zależy od punktu widzenia i postrzegania zjawisk czy zachowań ludzkich. 
Chyba łatwo zauważyliście, że to nie była moja bajka i jak się następnie okaże, dobrze, że dość szybko się skończyła. 
Do dzisiaj nie mogę pojąć, po co to wszystko robimy sobie nawzajem na emigracji! 
Nie mogę też pojąć, dlaczego słownie obrażamy dosłownie wszystkich, których spotykamy na swojej emigracyjne drodze.
Jasne, że to nie norma, ale ja piszę tylko o tym, czego sam doświadczyłem. 


Bywajcie, Zdobywcy Świata, Ludzkich Serc i Własnego Losu!

Emigracyjne cuda i dziwy

Zapiski z emigracji [16]
Nie wiem czy zdołam dzisiaj wrócić do zapisek z niedawnej emigracji w Niemczech, czy raczej skupię się tylko na obecnej emigracji, której doświadczam.
Napisałem ostatnio, że nie opuszcza mnie wrażenie, iż zarówno w Niemczech, jak i w Anglii ktoś próbuje zrobić z nas konie, które ciągną wóz sukcesu danego kraju i do popędzania tych koni w zaprzęgu wykorzystuje się również Polaków.
Napisałem też, że w Anglii grupowe miejsca pracy nazywane są często obozami pracy. Nie dodałem wtedy, że w miejscach określanych taką nazwą pracują w przeważającej liczbie Polacy.
W Niemczech raczej nie mamy do czynienia z zatrudnianiem kilkuset Polaków w jednym miejscu. Natomiast w Anglii takich miejsc nie brakuje i w tych właśnie miejscach czasami dzieją się rzeczy, o których na pewno filozofom się nie śniło.
Dowiedziałem się o historii jednej Polki, która pracowała w takim właśnie miejscu i która urodziła dziecko w zakładowej łazience. Chodziła do pracy do samego końca, gdyż bała się, że może stracić pracę, a do tego bezpośredni przełożeni (również Polacy) nie chcieli nawet słyszeć o jej ciąży i ewentualnym zwolnieniu lekarskim.
W feralnym dniu dziewczyna chciała się u wejzerki czy wajzera zwolnić na chwilę do łazienki, gdyż odczuwała dziwne parcie. Fama głosi, że nawet z tym robiono jej problemy. Jednak w końcu do łazienki dotarła i… urodziła tam dziecko.
Sprawę zamieciono pod dywan tłumaczeniem, że rodząca chciała w ten sposób usunąć ciążę. Następnie możliwie skutecznie sprawę wyciszono i znęcanie się Polaków nad Polakami trwa w najlepsze nadal.
Nie pracowałem w tej firmie, więc mogę co najwyżej dać wiarę jednej lub drugiej stronie.
Pracowałem natomiast jakiś czas w firmie, gdzie w większości zatrudnia się Polaków i tam Polaków mianuje się menagerami, wajzerami i jeszcze tam jakimiś przełożonymi nad zwykłymi pracownikami. Takie zagranie daje gwarancję, że normy produkcyjne zostaną wyżyłowane do granic wytrzymałości ludzkiej, a siła pracownicza wykorzystana do maksimum. Do tego, jak to tutaj się określa, przełożeni nieustannie „wjeżdżają ludziom na głowę”, jak choćby nieustannym straszeniem zwolnieniem z pracy, ciągłym wygłaszaniem tyrad o atrakcyjności obecnego zatrudnienia i roztaczaniem przed zatrudnionymi czarnej wizji przyszłości w przypadku, gdyby tę właśnie pracę stracili.
Ludzie starsi, niepewni siebie, zagubieni w nowej rzeczywistości, bez znajomości języka, a nawet okolicy, w której mieszkają… dają się tak bardzo zastraszyć, że naprawdę wierzą, iż poza tą firma nie ma dla nich tutaj żadnej perspektywy.
Ludzie tacy skazani są najczęściej na to, że organizatorzy pracy dowiozą ich do tejże pracy za „niewielką opłatą”, nie skarżą się na nic, nawet jeśli firma oszukuje ich przy wyliczaniu godzin pracy, kiedy firma umywa ręce przy małych wypadkach przy pracy, nie skarżą się na siedmiodniowy tydzień pracy po dwanaście godzin dziennie za najniższą krajową stawkę godzinową.
W firmie tej do normy należy wydawanie poleceń pełnych wulgaryzmów i sugestii, że albo to robisz, albo tracisz pracę. Często dochodzi wprost, bez żadnych wybiegów, do straszenia zwolnieniem z pracy w przypadku niewykonania polecenia.
Przy tym pracodawcy ukazują siebie w świetle zbawicieli biednych rodaków, którym nieustannie pomagają egzystować w emigracyjnej rzeczywistości.
Mój znajomy zwolnił się sam z podobnej firmy po tym, jak miał wypadek i o mało nie stracił stopy. Nie chciał żadnego odszkodowania, nie chciał żadnego procesu, tylko zwolnił się na własne życzenie, gdyż powiedziano mu, że po wyleczeniu stopy będzie mógł do zakładu ponownie wrócić. I on chce tam wrócić!
Pracowałem tam jakiś czas i nieraz włosy jeżyły mi się na głowie, jak traktuje się tam ludzi, jak Polacy traktują Polaków, jak Polacy potrafią Polaków poniżyć, zwymyślać, odmówić, upokorzyć i ewentualnie na koniec zwolnić. Często robią to bez podawania konkretnych powodów. Najczęściej to, ponieważ ja tak chcę, ja mogę albo ja ci pokażę... 
Ileż tam przemocy psychicznej! 
Nie mieści Wam się w głowie.
Osobiście nie doznałem tego typu przemocy, ale były momenty, które mogę zakwalifikować jako delikatne zastraszające sugestie typu: Jeśli nie…, to…
Nie tyle jednak moje położenie, co przyglądanie się położeniu wielu ludzi zdecydowało, że w pracy tej już nie jestem.
Nie było lekko. 
I nie jest. 
W nowej pracy jednak nie spotykam się ze znęcaniem się Polaków nad Polakami, nie słyszę zbyt wielu wulgaryzmów i nikt nikogo nie straszy stratą pracy tylko z powodu własnego widzimisię!
W nowej pracy spotykam wielu obcokrajowców, niekoniecznie Anglików, ale i obcokrajowcami staram się porozumiewać po angielsku i w ten sposób trochę się uczę.

Czy robię to samo, co nie tak dawno krytykowałem, że wychwalam nowe miejsce pracy w stosunku do poprzedniego? NIE! Nie wychwalam, gdyż tego miejsca pracy jeszcze nie znam. Chcę tylko napisać, że spotykam w tej pracy inny typ człowieka i znajduję się obecnie w zupełnie innej rzeczywistości. Tu jest raczej bardziej normalnie. Nie potrafię tego dokładnie określić. Mogę tylko napisać: Nie żałuję, że straciłem tamtą pracę!
Dla pełnego obrazu – w poprzedniej pracy spotkałem wielu wspaniałych ludzi i współczuję im, gdyż naprawdę boją się, że mogą ją stracić i że sobie później nie poradzą. 
Skoro ja sobie poradziłem, to każdy potrafi sobie poradzić!
Czy narzekam, że trafiłem do poprzedniej pracy? 
Absolutnie! 
To nowe doświadczenie bardziej otworzyło mi oczy na tutejsze życie moich rodaków i ludzi.
Czy żałuję, że poznałem niektórych z ludzi? 
Nie! 
Cieszę się, że ich spotkałem. To oni właśnie potwierdzili fakt, że największym wrogiem dla Polaka na emigracji jest drugi Polak!

Znajomy ma kolegę, który od pół roku mieszka w namiocie na Foreście. To park w pobliżu centrum Nottingham. Miejsce, gdzie spotykają się rodziny, aby mile spędzić czas, ale też miejsce cudów i dziwów, o jakich przeciętny człowiek może pomarzyć albo dowiedzieć się z mediów.
Znajomy załatwił koledze pracę, załatwił dojazd do pracy i… po dwóch tygodniach kolega pracę rzucił, i postanowił albo skazał się na powrót do namiotu na Foreście.

Takich historii ludzkich jest tutaj bez liku. 
Gdzież ich zresztą nie ma! 
Zanurzam się w tym coraz bardziej. Coraz bardziej ogarnia mnie fala ludzkiego dramatu. Coraz dobitniej dociera do mnie fakt, że ta ziemia, niegdyś obiecana, stała się dla moich rodaków prawdziwą drogą przez mękę i nierzadko dożywotnim zesłaniem.

Co mnie tutaj czeka?
Zdaję się na łaskę losu.
Nie zamierzam się poddawać, choć nie opuszcza mnie myśl, że wytrzymałość każdego z nas ma przecież pewne granice.

Dobrze, że spotkałem i spotykam tutaj ludzi, którzy ogarnęli jakoś tę rzeczywistość i starają się pomóc innym. To daje nadzieję, że ja też wyjadę stąd na swój sposób zwycięski. 
To, że stąd wyjadę to pewne. Nawet chciałbym! Nie wiem tylko jeszcze kiedy i czy żywy, czy umarły. Tego bowiem nikt nie wie. Dlaczego więc ja miałbym być wyjątkiem?!
Ja tylko wiem, że nic nie wiem!

23 października 2016

Znów się bujam...

Zapiski z emigracji [14]
Pewnie spodziewaliście się, że napiszę dzisiaj coś na temat mojej postawy religijnej. Nie gniewajcie się, ale nie dam rady. Niedawno wstałem po zaliczonej nocnej zmianie w pracy, ale o tym jeszcze będzie. Do tego jestem przed wyjazdem na dzisiejszą nocną zmianę i nie wygospodaruję tyle czasu, żeby zagłębić się w siebie i swojego ducha znękanego angielską codziennością. Łatwiej więc mi pisać o tym, co tu i teraz, niż snuć rozważania nad moim pojmowaniem eschatologii.
W ostatni piątek, czyli przedwczoraj, przeszedłem testy kwalifikacyjne i znów jestem w pracowniczym obiegu. Tym razem spróbuję na dłużej podbić Worksop! Na ile mi się uda, będziecie wiedzieli. To niewielkie miasto w środkowej Anglii. Z historycznego punktu widzenia jest jak najbardziej związane z Nottingham, gdyż to właśnie w okolicach tego miasta rozpoczynał się obszar średniowiecznego lasu Sherwood, w którym rządził legendarny Robin Hood.
Piątkowy dzień był pełen wrażeń. Najpierw wyprawa do Worksopu. Po powrocie siadłem sobie na podwórku, żeby przemyśleć ostatnie wydarzenia. trafiłem na moment, w którym przechodził obok mieszkający po sąsiedzku starszy muzułmanin. Często tędy przechodzi. Spojrzałem w jego kierunku, a on wykonał głową gest przywitania. Odkłoniłem się szybko, a on podniósł rękę na znak przywitania. Zrobiłem to samo.
Pomyślałem sobie, że zaczynam rozpoznawać ludzi z okolicy, a oni rozpoznają mnie. Czyżby zatem przełom w mojej izolacji!? Nie chcę nic przesądzać. Wiem już, jak tutaj wszystko zmienia się z dnia nadzień.
Wybrałem się następnie na wędrówkę po mieście. W pewnym momencie zaczepił mnie Murzyn i zapytał o drogę do banku. Wiecie, jaką mam blokadę na mówienie w języku angielskim? Są chwile, że nie mogę wydusić z siebie słowa. Wtedy jednak, jakoś automatycznie wskazałem mu drogę. Podziękował mi i rozstaliśmy się, a ja nie potrafiłem się ruszyć z miejsca. Taki byłem zdziwiony, że coś w tej materii zaczyna pękać.
Jeszcze po zapadnięciu zmroku, ponowne przywitanie z innym staruszkiem muzułmaninem z sąsiedztwa (mieszka ich tutaj dość dużo). To nie tyle było przywitanie, co wymienienie uprzejmych słów.
Tylko niech nikt mi nie mówi, że zaczynam czuć się u siebie!
Poczekajmy!
*
Wracam, jak bumerang do krótkiej Niemieckiej emigracji. Zapisałem wówczas takie wrażenia i fakty:
Dzisiaj znów pracowałem tylko do przerwy. Odnoszę dziwne wrażenie, że właściciele za mną nie przepadają. Czuję też, jakby się mnie obawiali.
Fakt, żaden z Polaków jeszcze pewnie tak nachalnie nie prosił i nie dopominał się wi-fi. Zresztą, po co tu Polakom wi-fi?
A jak się przy tym przy odmowie dostępu pokrętnie tłumaczyli!
Z drugiej strony nie biegnę z językiem na brodzie, gdy nakażą mi coś tam zrobić. Spokojnie wykonuję swoją pracę, jak robią to Niemcy. Płacą mi poniżej najniższej krajowej, więc z jakiej racji miałbym się wychylać albo tracić dla nich zdrowie?
Ale faktem jest, że Polacy sami się prześcigają w wykonywaniu poleceń. Myślą, że kto pierwszy dobiegnie i przyniesie kość, pan pogłaszcze ich i pozwoli położyć się u swoich nóg.
Codziennie odciągają mi …€ za mieszkanie, w którym od lat nie było nic zrobione i panują chlewniane warunki. Płacę jak za średniej jakości hotel w Polsce i nie mam nawet dostępu do Internetu. Czy to nie śmieszne w Europie Zachodniej?
Od znajomych wiem, że kilkadziesiąt kilometrów stąd nie ma z tym problemu. Cóż, tam widocznie mieszkają normalni ludzie.
Zatem wszystko zależy od ludzi.
Moi pracodawcy widocznie nie lubią ludzi, którzy się uśmiechają, chcą się uczyć codziennie kilka słówek w języku obcym, rozmawiają z Niemcami, którzy chętnie im odpowiadają i pomagają. Poza jedną Niemką, wszyscy są dla mnie bardzo mili, a ja dla nich uczynny.
Jeszcze o właścicielach. Mam dziwne wrażenie, że oni potrzebują pracowników głupszych od siebie, żeby się w ten sposób dowartościować. Żeby pracownicy biegli wykonywać pracę zaraz po usłyszeniu i zrozumieniu polecenia.
Zobaczymy, co przyszłość przyniesie.
Najlepiej będzie to zakończyć, przemyśleć i następnie zapomnieć.
*
Ta emigracyjna przygoda przygnębia mnie.
Z przerażeniem sobie jednak uświadamiam, że to dla mnie prawdziwa przygoda.
Czy tak jest wszędzie na emigracji?
Nie!
W, że tak jest wszędzie na emigracji, nie uwierzę, ale tęsknię za samotnością i mieszkaniem w normalnych warunkach. No i żeby nikt mi nie zaglądał przez ramię, co piszę albo czytam.
*
Emigracja w ojczyźnie Robin Hooda to zupełnie inna bajka niż ta w kraju Ottona!
Ale i tu, i tam odniosłem wrażenie, że ktoś chce z nas zrobić konie pociągowe własnego wozu, na którym właśnie jedzie. I najsmutniejsze jest to, że woźnicą tegoż wozu są najczęściej Polacy.
Tutaj w Anglii grupowe miejsca pracy nazywane są często obozami pracy. Na ile to prawda, a na ile mit, spróbuję to roztrząsnąć, ale jeszcze chwila. Niech się rozliczę z notatek z poprzedniej emigracji i poruszę inne tematy, a wtedy przyjdzie czas na to, co widzę, słyszę i czego doświadczam ostatnio.

A teraz wybieram się do pracy!
Miłego niedzielnego popołudnia!

Bywajcie! 

20 października 2016

Nie jestem w Raju...

Zapiski z emigracji [13]
Chcę odrabiać zaległości i będę to robił. choć wiem, że łatwo nie będzie. Ale nie odpuszczę! 
Wczoraj jeden ze znajomych powiedział do mnie, że miejsce, w którym mieszkamy, w którym żyjemy wciąga człowieka swoim zdemoralizowaniem i patologią.
On pływa w tym, jak ryba w wodzie, ale ci, którzy przybyli tu niedawno z pewnością przeżywają szok.
Nie ukrywam, że ma wiele racji.
Ja widzę jednak codziennie uśmiechnięte dzieciaki, które najczęściej bawią się gromadkami na ulicy, na ulicy grają w piłkę, na ulicy siadają i rozmawiają.
Codziennie widzę takiego chłopca, może dziesięciolatek, który przechodzi obok mojego miejsca zamieszkania po to, aby zrobić zakupy w pobliskim sklepie albo niesie ze sobą piłkę i idzie pewnie pograć z kolegami.
Dzieci to najpiękniejsza część tego świata!
*
Jakiś czas temu inny znajomy z pracy (w której już mnie nie ma) po skończonej zmianie i przed odjazdem do domu powiedział mi: Marek, musisz być skurwielem, jak inni!
Dzięki! Odpowiedziałem, ale do klubu skurwieli nie zapiszę się, choćbym miał to przypłacić powrotem do kraju goły jak święty turecki.
*
Pamiętam, jak w Niemczech, po skończonej pracy pojechaliśmy na zakupy. Po drodze zaliczyliśmy policyjną kontrolę. Wszystko było w porządku, ale nas wylegimitowali. Chłopaki się zestresowali, choć nie wiem czym, ponieważ nie mieliśmy przy sobie nic, o co mogli policjanci się przyczepić ani nie jechaliśmy niezgodnie z przepisami. Ale kontrole policyjne tak na ludzi działają.
Po powrocie z zakupów chłopaki wysadzili mnie przed domem i ruszyli załatwiać swoje sprawy. Kolega miał klucze, ale mi ich nie dał. Stwierdził bowiem, że drzwi będą i tak otwarte! Dał mi za to komórkę do naładowania i pizzę do schowania w lodówce.
Tymczasem drzwi były zamknięte. Zadzwoniłem do głównych drzwi wejściowych. Nikogo w środku. Żadnego samochodu na podwórku. Wszystko wskazywało na to, że domowników nie ma. Tymczasem zaczął padać rzęsisty deszcz.
Zacząłem sprawdzać czy któreś z drzwi w obejściu są otwarte. Na szczęście tzw. „sklep”, czyli niewielka hala do pakowania warzyw, był otwarty i schroniłem się tam przed deszczem. W innym wypadku musiałbym siedzieć albo w szklarni, albo pod wiatą i czekać na czyjkolwiek powrót.
Przeczekałem tam ponad kwadrans, zanim pojawił się któryś z domowników i wpuścił mnie do mojego pokoju.
Chłopaki przyjechali po dobrej godzinie czy dwóch i stwierdzili, że to przecież nic takiego, nawet gdybym trochę zmókł!
*
To powyżej przypomniałem sobie, ponieważ tutaj również nikt z parasolem nie zaprasza do siebie moknących na deszczu.
To taka metafora dotycząca Polaków na emigracji.
Moje przygnębienie nie wynika z tego, że jakaś tam praca się skończyła, ponieważ zacznie się jakaś tam inna, ale z tego, że dostrzegłem w tej pracy, jak Polacy Polakom potrafią dokuczyć, jak potrafią poniżyć i upokorzyć, a gapie (też Polacy) ile mają przy tym radości.
Z moich obserwacji i doświadczeń wynika, że Polacy (nie czytaj: wszyscy) są tu najlepsi w dokładaniu swoim rodakom. Przedstawiciele innych nacji potrafią się tutaj ze sobą solidaryzować i wspierać siebie nawzajem. Ale podkreślę, że nie ma ludzi odstających od tej reguły.
*
Zauważyłem też, że jeśli Polakowi uda się tutaj zmienić pracę, to praca ta koniecznie musi być „lepsza”! Ile jest przy tym narzekań na dawnego pracodawcę i ile jest przy tym równocześnie pochwał dla nowej pracy i nowego pracodawcy!
Już nie mogę tego słuchać!
Nie napiszę też czym wychodzą mi pochwały nowych miejsc pracy i nowych pracodawców.
Podam przykład jednego z moich znajomych, który wcześniej pracował ze mną, a później zmienił pracę. Jakże on tę nową pracę wychwalał! Pracował tam zaledwie jeden dzień!
W tym tygodniu spotkałem innego znajomego, który przeszedł tę samą drogę, co poprzednik. Mówił, że wcale nie jest lukierkowo, gdyż pracę tę można stracić bez najmniejszego powodu!
Prawdy trzeba szukać pośrodku, pomyślałem!
*
Jakiś czas temu odwoziłem ludzi z pracy do domu. Skład: trzy kobiety, trzech mężczyzn i ja. Dwaj mężczyźni nie odzywali się zupełnie, ale za to najmłodszy chciał najwyraźniej wywrzeć wrażenie na kobietach i kreował się na znawcę tutejszych realiów mieszkania i pracy. Wyjaśniał, jak i gdzie kupić najtańsze papierosy; jak walnąć wódę albo coś więcej w czasie pracy, żeby było bez konsekwencji; jak bezczelni są pracodawcy (tu miał trochę racji) i jak można ich bezkarnie wydymać.
Na koniec pochwalił się, że właśnie miał wolny dzień, nie wiedział, co ze sobą zrobić, poszedł więc do salonu tatuażu i zrobił sobie obrazek – wstęgę miłości z imieniem żony.
Piękne! Nieprawdaż?
Dodał jednak później, że nie wie dlaczego to zrobił, gdyż z żoną jest właśnie w trakcie rozwodu.
Kobiety były zachwycone opowieścią. Bawiły się tym w najlepsze.
To obłęd, pomyślałem. I choć krew się we mnie burzyła od bliskiego przebywania z takimi ludźmi, nie odezwałem się słowem.
Nie jestem tutaj przecież po to, żeby psuć niektórym wielką radość z równie wielkiej głupoty!
*
Pewnego dnia podczas jazdy do pracy wyskoczyła nam na drogę sarenka. Puk i pojechaliśmy dalej, ale niesmaczne wrażenie pozostało dość długo.
Na szczęście wtedy nie ja prowadziłem!
Innego dnia znajomy z pracy mówi mi w czasie tej pracy, że idzie właśnie na zabieg.
Nie było go minut kilka, po czym wrócił zupełnie odmieniony i zakomunikował mi, że zabieg jak najbardziej się udał.
Inny znajomy z pracy i w pracy oznajmił mi, że najbardziej chciałby być ginekologiem. Wyjaśnił mi przy tym dokładnie, według jakiego klucza przyjmowałby swoje pacjentki, a jakie nie miałyby u niego szans.
Skończę ten wątek w tym miejscu, bo nie ma o czym pisać.
*
Teraz może o moim milczeniu na blogu i o zmianach, jakie zauważyłem.
W ostatnim tygodniu Odbiorcy z USA prześcignęli tych z Polski. Pojawili się Odbiorcy z Litwy. Mam też sieciowych znajomych we Francji, Kenii, Rosji, Belgii, Niemczech, Hiszpanii, Indiach.
Tyle pokazał mi w statystykach wujek Google.
Dzięki za odwiedziny i zainteresowanie.

Tutaj z dnia na dzień może być tylko lepiej…

Nie jestem w Raju! To wiem!
A czy jestem już w Piekle?! Tego jeszcze nie wiem!


Pozdrawiam wszystkich serdecznie!


SATANISTA – ALKOHOLIK – czy ANIOŁ?

  Nie o Boyu Żeleńskim będzie to wpis, ale o Przybyszewskim Stanisławie, którego Boy znał osobiście. Muszę też od razu napisać, że o ile bar...