5 lutego 2017

Co zauważyłem

Już się nie dziwię swoim rodakom, że na emigracji często zapijają smutki i jakąś nieokreśloną frustrację rozładowują, wyżywając się na swoich ziomkach, np. w pracy. Nie dziwię się, że szukają coraz to nowych sposobów na to, żeby ukryć fakt, że nie są wcale szczęśliwi z pobytu poza ojczystym krajem.
Sam odczuwam jakąś frustrację. Wśród moich znajomych, nie tylko Polaków, zauważam jakby schemat w spędzaniu wolnego czasu – jeśli masz wolny dzień od pracy, to najlepiej się upić, żeby za dużo nie myśleć o swoim położeniu.
Większość moich znajomych przyjechało tutaj w określonym celu. Chcą jak najwięcej pracować, żeby jak najszybciej ten cel osiągnąć. Wiadomo jednak, że celu nie da się osiągnąć z dnia na dzień, a żyć tutaj też trzeba i to życie tutaj pochłania niemałą część zarobionych środków. Zatem osiągnięcie celu oddala się nieco w czasie, a frustracja z tego powodu z dnia na dzień rośnie.
Nie zapijam smutków. Nie szukam towarzystwa. Mam co robić w wolne od pracy dni. A mimo to, kiedy mam wolny dzień, to czuję się tak, jakby ktoś walnął mnie czymś twardym w głowę i otumanił na kilka godzin. Nie potrafię na niczym się skupić. Nie potrafię zabrać się za zaplanowane zajęcia. Chodzę z kąta w kąt po swojej norce albo włóczę się po mieście, żeby tylko jakoś wypełnić wolny czas. Jestem przy tym rozdrażniony, nawet zły, choć nie mam pu temu żadnych powodów.
Może to brak alkoholu, może osamotnienie, a może coś tam innego?
Wiem jednak dokładnie, że to tęsknota.
Za kim i za czym nie pytajcie!
Nie daję się, jak tylko mogę, czarnym myślom.
Mam jednak tutaj znajomych, którzy zwyczajnie płyną. Zwłaszcza w wolnych od pracy dniach zatracają się zupełnie. Jakby nie chcieli myśleć o tym, gdzie są i co robią. Niektórzy nawet wcześniej planują swoje odjazdy i już na kilka dni wcześniej cieszą się, że odpłyną na chwilę.
Poznałem też ludzi, którzy codziennie szukają wsparcia w gorzale, cudzych ramionach, koksie.
Nie muszę się też już wysilać, żeby to jakoś zrozumieć, wyobrazić sobie ich kiepskie położenie. Bariera językowa. Hermetyczność środowiska. Oddalenie od bliskich. Niemożność szybkiego osiągnięcia celu. To tylko kilka przyczyn, że można się załamać i najzwyczajniej w świecie zrezygnować z siebie i założonych wcześniej planów.
Poznałem też ludzi, którzy w swojej rozpaczy postanowili do kraju nie wracać. Roźnie to tłumaczą, ale prawda jest taka, że nie wytrzymali presji, nie osiągnęli celu i próbują o wszystkim zapomnieć na wszelkie możliwe sposoby.
Nie wygląda to dobrze!
No, ale ktoś mi zarzuci, że jest też duża grupa Polaków, którzy sobie świetnie radzą na emigracji.
To prawda. Oni jednak najczęściej odcinają się od tych, co upadli. Często też gardzą nimi.
Boli mnie przy tym fakt, że przeciętny Anglik odbiera nas poprzez pryzmat tych, co tu przegrywają.
Gdyby ktoś mnie zapytał, jak się tutaj czuję, to odpowiedziałbym: ŹLE, bo właśnie tak się czuję!

I wierzcie mi, wiem, co piszę! 
Najlepiej się położyć i wyspać przed kolejnym dniem walki o siebie

To dla Was...

To dla Was ode mnie, Wędrowca i Tułacza po życiu swoim zawiłym. Niech Wam będzie wytchnieniem w Waszej wędrówce tekst Adama Ziemianina Modlitwa końca mojego wieku w wykonaniu Starego Dobrego Małżeństwa. 
No i jeszcze formalność, muzykę do tekstu skomponował Krzysztof Myszkowski. 
Postaram się jeszcze dzisiaj odezwać. 

Modlitwa końca mojego wieku

Ty, który śmieszne kawki
nauczyłeś latać
Ty, który jesteś z tego
i nie z tego świata

Uchowaj dzisiaj od nienawiści
Moje serce, moje oczy, moje myśli

Ty, który stworzyłeś
jaśminu gałązkę
Ty, który orzech włoski
zawiązujesz w piąstkę

Zachowaj dzisiaj od nienawiści
Moje serce, moje oczy, moje myśli

Ty, który ciepłym słońcem
napełniasz mieszkania
Ty, który dałeś nam
trudne przykazania

Uratuj dzisiaj od nienawiści
Moje serce, moje oczy, moje myśli

Ty, który kaczeńce
wymyśliłeś dla nas
A żaby nauczyłeś
nocnego kumkania

Odwróć dziś - proszę - od nienawiści
Moje serce, moje oczy, moje myśli

Ty, który do morza
prowadzisz swe rzeki
Ty, który zmęczonym
zamykasz powieki

Nachyl dziś - proszę - w stronę miłości
Moje serce, moje myśli, moje oczy

Pozdrawiam! 

1 lutego 2017

Straszne czy piękne!?

Sami odpowiedzcie na powyższe pytanie, tylko najpierw spróbujcie przeczytać to, co napiszę.
Nie przyjechałem tu po to, żeby szczęścia szukać, gdyż swoje szczęście prawdziwe musiałem zostawić w kraju, a tutaj przyjechałem, żeby doświadczać prawdziwie niemożliwego, doświadczać właśnie tego, co znałem z opowieści, ale to było niczym w zderzeniu z realnym tu życiem.
Codziennie mam to nieszczęście w szczęśliwym moim życiu spotkać prawdziwych rodaków z krwią słowiańską w żyłach. Wtedy tak bardzo, ale to bardzo, naprawdę czuję się Lachem, że tylko lachę położyć na to, czego doświadczam.
A wierzcie mi, zaprawdę, doświadczam ognia i wody, doświadczam upału i mrozu, co w żyłach krew może ścinać, radości i smutku doświadczam, wszystkiego doświadczam pospołu, co tylko mogą pomieścić przestrzenie nieodgadnione wyobraźni człowieka od nadiru po zenit.
I warto jeszcze zaznaczyć, że nie chce mi się myśleć, ale myśleć muszę, o moich doświadczeniach rodem z emigracji.
Idę sobie dni temu kilka żwawym krokiem do pracy. W uszach mi brzmi muzyka, co jest przerywnikiem między jedną a drugą porcją słówek albo zwrotów w języku obcym, gdy nagle tuż przy mnie zatrzymuje się człowiek, który zrównał się ze mną, jadąc na swoim rowerze. Nie, nie, to nie był Ciacho na swoim rowerku, co nowe tylne koło posiada od dni kilku. To mój kolejny znajomy, z innej półki niż Ciacho.
Zsiada ten mój znajomy ze swojego roweru. Zsiada, na zeskoczenie brakuje mu bowiem sił. Sapie przy tym okrutnie i mówi zasapany, że końcówkę drogi do pracy przejdzie ze mną pieszo. Tak postanowił, gdy poczuł, że nie ma już całkiem sił naciskać pedałów w rowerze i ujrzał moją postać. Od razu też zaczął się dzielić ze mną tym, że ma dosyć serdecznie dojeżdżania do pracy rowerem, że to takie męczące i w ogóle nie dla niego.
Trzeba wszystkim powiedzieć, że dojeżdżał ów człowiek do pracy tej od dni czterech. Od czterech dni bowiem pracuje dokładnie tam, gdzie ja. A dojeżdża rowerem z prawdziwej konieczności, ponieważ jego kolega, który tam również pracuje, jest właśnie na urlopie i za dni dwa lub trzy wraca. Wtedy, już jest umówiony, będzie z kolegą dojeżdżał, a kolega do pracy dojeżdża swoim autem.
Pytam zmęczonego: Chłopie, jesteś młodszy ode mnie i nie masz siły dojeżdżać na rowerze kilku kilometrów do pracy? Następnie dodaję: Sapiesz! Narzekasz! Stękasz! Trzeba trochę się ruszać!
Na moje wywody znajomy ma odpowiedź, że to nie dla niego, jemu po prostu się nie chce. Pieprzy to całe chodzenie czy dojeżdżanie rowerem do pracy. On chce dojeżdżać do pracy z kolegą kolegi autem, a nie wysilać się darmo dla jakiegoś pierdlenia o sportowych czy innych tego typu pierdołach, od których tylko okrutnie uszy mu więdną, nic więcej.
Nie chce mu się i już. No, jeszcze szkoda mu czasu na takie dochodzenie czy dojeżdżanie rowerem. Przecież można w tym czasie pospać sobie dłużej, dłużej posiedzieć w domu, spokojnie wypić kawę, a nawet można dłużej z rana pooglądać coś ciekawego w tivi, oczywiście polskiej, i coś tam jeszcze zrobić, co nie wymaga wysiłku, jak choćby chodzenie do pracy czy do niej pedałowanie.
Zgoda, myślę sobie, to twój durny wybór. Ja powiedziałem swoje i nie mam innego wyjścia, jak tylko twoje myślenie zaakceptować w imię bliźniego miłości mojej skromnej chrześcijańską zwanej. Nie będę przecież ci zbawiał na siłę ciała twojego jakimiś mądrościami o sporcie albo zdrowiu. A skoro chcesz przejść ze mną ten kawałek drogi, to sobie idźmy razem, mówiąc o dupie maryni. Chcę tylko samemu sobie jasno i twardo zaznaczyć, że nie prosiłem się wcale o żadne towarzystwo. Ja chciałem w samotności posłuchać sobie muzyki, pouczyć się słówek i zwrotów albo pomyśleć o kimś lub o czymś po drodze.
Nic mi nie pozostało, jak mp3 wyłączyć i kroczyć ramię w ramię ze swoim nowym znajomym!
Ci, co mnie w pracy znają nieco dłużej niż tydzień, wiedzą, że chodzę sam i pogodzili się z tym. Kilku już próbowało dołączyć się w tym do mnie, ale ja wyjaśniłem, że chodzę sam i koniec, że nie chce mi się po drodze gadać ze znajomymi, z którymi i tak przebywam przez tyle godzin w pracy.
Nowy znajomy o tym jeszcze widocznie nie wiedział. Obiecałem sobie, że dowie się niebawem.
Na wszystko przyjdzie czas!
Idę zatem z nowym moim znajomym tę resztkę drogi do pracy i przypominam sobie słowa Chrystusa, mojego Mistrza, że gdyby ktoś was tam zmuszał, żeby z nim iść sto metrów, to pójdźcie z nim dwieście albo nawet trzysta… I ja tak sobie myślę, pójdę tę resztkę drogi do pracy z moim nowym znajomym, a kiedyś tam mu opowiem, że sam chodzę do pracy.
Ten sam nowy znajomy dzień wcześniej podczas przerwy w pracy przepytywał mnie strasznie, jak nauczyciel ucznia: kiedy tu przyjechałem, od kiedy tu pracuję czy jestem sam, czy z rodziną, na jak długo ściągnąłem czy mam zamiar tu zostać…
Odpowiadałem cierpliwie: przyjechałem niedawno, pracuję tu od niedawna, rodzinę mam w kraju ojczystym, nie wiem, na ile ściągnąłem i czy mam zamiar zostawać…
Wychodzi z naszego gadania, że znajomy jest tutaj już z górką dziewięć lat, jest tutaj z całą rodziną, dzieciaki w domu po polsku gadać już z nim nie chcą, po angielsku śmigają jak prawdziwi Angole, a on to w sumie żałuje, że do tej pracy się dostał, bo gdyby znał dobrze język, to znalazłby taką pracę, że szczęka by mi z zawiasów spadła i hukła o ziemię, jak abecadło w wierszyku naszego znanego Julka.
Zapytałem więc grzecznie podczas tej konwersacji, dlaczego się języka obcego nie zdołał nauczyć.
‑ A jakoś okazji i czasu do tej pory nie było! – słyszę w odpowiedzi i czuję, jak szczęka mi opada, a później o ziemię huka i rozsypuje się na kawałki po wszystkich kątach kantyny, gdziem rozmowę swoją z nowopoznanym prowadził.
Dziewięć lat za granicą, dzieciaki zapalają po angielsku w domu, szkoły angielskie kończą, a mój nowy znajomy ni czasu, ni okazji do tej pory nie miał, żeby w języku obcym nauczonym być.
Toć to straszne, jak tylko życie potrafi być straszne! Krzyczę w duchu i wołam o zrozumienie do Nieba, a wołam jeszcze głośniej niż krzyczę w duchu swoim!
Po chwili jednak olśnienia doznaję i już wiem, toż to prawdziwy Lach, z prawdziwie polską krwią w żyłach. Z prawdziwie polskiej kości człowiek ze mną gada. Z prawdziwie polskiej gliny ulepiony bliźni. To mój rodak rodzony!
Dlaczegom tego nie wyczuł!? Wyrzucam sobie też w duchu.
Nie płaczcie nade mną. Płaczcie nad sobą i nad dziećmi swoimi. Rzekł kiedyś Człowiek do płaczących niewiast.
Zapłacz nad sobą, myślę, boś taki ślepy i głuchy!
I karcę się strasznie za ślepotę swoją, i chętnie bym siebie walnął w czerep za swoją głuchotę! No i płaczę nad sobą, żem taki ślepy i głuchy!
Na szczęście przerwy w pracy są na tyle krótkie, że nie trzeba przerywać brutalnie rozmów niechcianych. Są też na tyle długie, żeby się zdążyć przekonać, jak mało wiemy o świecie, o sobie i swoich bliźnich.
Zapadła mi ta rozmowa z nowym znajomym w pamięci i powróciła raptem, gdym kroczył z nim ramię w ramię, gdyśmy pielgrzymkę króciutką wspólnie odbywali do miejsca zatrudnienia.
Dzisiaj już wie ten znajomy, że do pracy i z pracy wędruję tylko ze sobą, ze swoimi myślami i tym, o czym myśleć nie chcę.
Zresztą, nowy znajomy dojeżdża już do pracy ze wspomnianym kolegą. Przyznam naprawdę szczerze, że cieszę się z tego niezmiernie.
Wyznam też szczerze prawdę, mam tutaj chwile słabości i kiedy mnie pytają: Where are you from?, tak trudno mi się przyznać, że I’m from Poland! 
(To przerobiony fragment tego, nad czym pracuję…)
Do kraju tego, gdzie... 


29 stycznia 2017

Ciacho...

Na wstępie wspomnę może, że z napisaniem posta jest jak z pisaniem listu miłosnego do żony, z którą jestem już (!!!) lat. Niech nikt, kto nie uważa się za wścibskiego, nie dopytuje o wiek naszego związku, ponieważ zdziwi się, jak młodzi jesteśmy i jak dojrzały związek nasz jest.
W każdym razie do napisania posta trzeba się równie dobrze przyłożyć, jak do napisania takiegoż listu. Dlatego przyznam, że listów miłosnych do żony nie piszę, gdyż nie mam czasu na przyłożenie się do tego typu twórczości, a teksty moich postów w wielu przypadkach to typowe gnioty. Tak to jednak jest, gdy człowiek uważa, że powinien coś tam napisać. To jak z tym śpiewaniem, które rzekomo każdy może uprawiać lepiej lub gorzej… Ale czy każdy musi?
W poprzednim wpisie dość jasno się wyraziłem, że koniec pisania pod jakiekolwiek dyktando. Ma być przede wszystkim CHCĘ, a nie jakieś tam POWINIENEM czy TAK TRZEBA…
Dzisiaj CHCĘ, żebyście choć pobieżnie, tak jakby w nawiasie czy na marginesie albo jeszcze inaczej poznali Ciacha. Na razie poznanie na tak mało wystarczy, gdyż Ciacho będzie jednym z bohaterów mojej opowieści, zatem zdążycie poznać go całkiem dobrze i zapewne zdążycie też Ciachem się znudzić.
Oczywiście z Ciachem pracuję.
Ciacho od kilku dni męczy mnie okrutnie swoim gadaniem. Ponieważ Ciacho jest wcale nie delikatnie po sześćdziesiątce, zatem ja naprawdę delikatnie daję mu do zrozumienia, że jego wywody mnie nie interesują. A to odsunę się na krok albo dwa. Wtedy Ciacho krok albo dwa się przysuwa, żeby dokończyć jakąś tam myśl. A to przerwę niegrzecznie mówiącemu i wspomnę, że powinniśmy skupić się na pracy. Ciacho milknie na chwilę, a po niej wraca do przerwanego wątku. I tak dalej, aż moja delikatność wyczerpuje się nieco i nieco ostrzej dopominam się, żeby Ciacho dał mi odpocząć od gadania swojego. To pomaga na nieco dłużej niż delikatne obchodzenie się z Ciachem.
Kilka dni temu Ciacho snuł wywód na temat mojego dochodzenia do pracy (będę o tym z pewnością jeszcze bardziej wyczerpująco pisał). Ciacho doszedł w swoim wywodzie do wniosku, że takie dochodzenie do pracy, jakie ja sobie wymyśliłem, może doprowadzić do tego, że nadwyrężę sobie ścięgna i będę miał przesrane.
Ciacho jest po sześćdziesiątce i wspominał już nieraz, że uprawiał jakieś tam dyscypliny sportu, ale mówi to cały czas tak, jakby uprawiał wszystkie dyscypliny sportu i na wszystkich dyscyplinach sportu się znał, a do tego znał się na anatomii człowieka jak profesjonalny anatom.
W swojej mądrości i życiowym doświadczeniu Ciacho doszedł do wniosku, że dojeżdżanie do pracy rowerem jest o niebo lepsze niż do pracy dochodzenie, a zwłaszcza moje odchodzenie. Wykładał to tak, ponieważ Ciacho wcale delikatny nie jest, że słuchacz mógł to zrozumieć jednoznacznie. Dlatego zrozumiałem to tak: Jestem głupszy od Ciacha, ponieważ codziennie postanowiłem zapalać do pracy z buta, a Ciacho jest ode mnie o milowy krok mądrzejszy, ponieważ do tej samej pracy ciśnie (nie zapala) na swoim wiekowym wynalazku o wdzięcznym mianie rower.
W czwartek rano Ciacho na przywitanie oznajmił mi z miną bardzo poważną, że właśnie wywinął się grabarzowi spod łopaty. Następnie przeszedł Ciacho do opowieści, jak to jechał sobie na swoim rowerku główną drogą, a z podporządkowanej wyjechał samochód i przyfasolił w tył jego pojazdu pedałowego.
‑ Jechałem po asfalcie na plecach, aż miło! – zapalał się w swojej opowieści Ciacho. – Dobrze, że pamiętałem, aby podkurczyć głowę w kierunku piersi, bo bym zdarł sobie skórę do czachy, jak nic, a może i czachę bym połamał sobie na kawałki.
Każdy przyzna, że Ciacho opowiadał o całkiem poważnej, jeśli nie cholernie poważnej sprawie znad przepaści. Ale mnie przypomniał się niedawny wywód Ciacha o wyższości jego dojeżdżania nad moim dochodzenia do pracy i tak zachciało mi się śmiać, że ledwo się opanowałem.
Na poczekaniu też wymyśliłem jakiś tam tekścik o tym, jak to super się skończyło, że nic Ciachowi się nie stało i w ogóle, że Ciacho miał dużo szczęścia. Wyszło z tego, że Ciacho jest szczęściarzem i już! Byłem zadowolony ze swoich Ciacha pocieszeń.
Później zapytałem czy wezwano policję. Stwierdził, że nie wzywali policji, ponieważ on nie chciał robić koło pióra jakiemuś tam młodemu Anglikowi.
Powiedział to tak, jakby oczekiwał ode mnie pochwały, że jaki to Ciacho jest wspaniałomyślny i równy gość. Ja jednak milczałem. Zatem Ciacho opowiedział mi, jak zapakowali połamany rower do auta, jak Anglik podwiózł Ciacha do pracy i obiecał, że naprawi rower w serwisie, a następnie dostarczy go Ciachowi przed zakończeniem pracy, żeby Ciacho miał czym pedałować po robocie do domu, a nie, jak ja, po pracy zapalać do domu z buta.
Po pierwszej przerwie Ciacho poinformował mnie, że boli go biodro i że wyskoczył mu w tej okolicy ciała jego jakiś tam guz. Złapał mnie przy tym za rękę i przyłożył do miejsca, gdzie guz miał się znajdować. Zapytał przy tym szybko dwa, a może i trzy razy czy wyczułem guza.
Wyrwałem rękę. Rozejrzałem się czy nikt nas nie obserwuje. Żadnego guza nie wyczułem, ale skłamałem, że wyczułem guza jak najbardziej i że guz ten jest wielki jak balon, choć wielkości balonu ani jego rodzaju nie określiłem. No i znów powtórzyłem gadkę o jego niebywałym szczęściu, że wszystko skończyło się cool, a taki guz, nawet i duży, to pikuś przy tym, co mogłoby się stać, gdyby zapomniał podkurczyć głowę w kierunku klatki piersiowej i przejechał się na niej po twardym nottinghamskim asfalciku. Jeszcze raz zapewniłem też, że Ciacho to urodzony szczęściarz.
Anglik okazał się słowny i przed zakończeniem pracy Ciacha dostarczył mu jego rowerek. Ciacho był uszczęśliwiony, że ma nowe tylne koło w swoim bicyklu.
‑ Ile skasowałeś Angola? – zapytał bez ceregieli Cwaniak, psując tym samym humor Ciachowi i niwecząc jego radość z nowego koła.
‑ To nie w moim stylu – odpowiedział po chwili Ciacho, zamilkłe i udał, że skupia się na pracy, ale łypał na nas swoimi oczkami.
Ta chwila zastanowienia Ciacha przed odpowiedzią dała wszystkim słyszącym dużo do myślenia. Ciacho bowiem słynie z tego, że jest większym sknerą i materialistą niż Centuś i Pensuś (jeszcze o nich usłyszycie) razem wzięci. Wszyscy wiedzą, że Ciacho cierpi okrutnie, kiedy przerwy w pracy przedłużają się chociażby o kilka minut, gdyż są to minuty niepłatne. Słynie też z tego, że zawsze jest pierwszy w kolejce, żeby odbić swoją kartę pracowniczą.
Ciacho zamilkł na dobre, ale ja postanowiłem to wykorzystać i zrewanżować się za niedawny wywód na temat jego wyższości dojeżdżania nad moim dochodzeniem do pracy. Przybliżyłem się na tyle, żeby tylko Ciacho to słyszał i powiedziałem:
‑ Wiesz, myślę, że moje dochodzenie do pracy pieszo jest nieco bezpieczniejsze niż twoje dojeżdżanie rowerem, nie sądzisz? Przemyśl tę sprawę. – i, nie czekając na żadną odpowiedź, ponieważ nie interesowała mnie nawet najbardziej interesująca z odpowiedzi, odsunąłem się na bezpieczną odległość.


Pewnie każdy czeka na jakąś pointę tego pisania. Może tak: Niech każdy dociera do pracy, na randkę, do łazienki i gdzie tylko potrzeba tak, jak uważa za stosowne, w najlepszy dla siebie sposób i niech nikt tego nie komentuje, zwłaszcza z nutą złośliwego potępienia czy chęci wykazania, że można robić to lepiej albo mądrzej.
!!!

28 stycznia 2017

Zmieniam się... nieustannie

Panta rhei 
Żadna to nowość albo odkrycie, gdy człowiek zauważa, że zmienia się nieustannie. Życie! Co innego jednak zmiany zauważać, a co innego świadomie je przyjmować. Przy okazji takiego spostrzeżenia koniecznie trzeba wiedzieć, na ile to świat zewnętrzny wymusza na nas zmiany i na ile te zmiany wynikają z naszej akceptacji świata zewnętrznego, a na ile zmieniamy się, ponieważ spostrzegliśmy właśnie pewne aspekty własnego życia w zupełnie innym świetle i stwierdzamy, tylko my sami możemy to zrobić w stosunku do siebie, że powinniśmy zmienić to i owo.
Na ile zatem zmieniamy się po to, aby przystosować się do warunków zewnętrznych, a na ile, żeby poprawić jakość własnego życia w naszych własnych oczach? Pierwsze dotyczy naszej, nazwijmy to, zwierzęcości i naszej naturalnej więzi cielesnej z przyrodą. Drugie, to raczej sfera duchowa, czyli wszystko to, co nas w tej przyrodzie wyróżnia i od niej oddala i co, notabene, wcale nie wychodzi nam na dobre.
Na pewno nie będę rozwodził się dzisiaj nad faktem, że zmienia się postać tego świata, w którym żyję i w którym Wy żyjecie. Zmienia się nieustannie i zostawmy to na razie w spokoju. Ja napiszę tylko, że zmienia się moje podejście w kwestii wpisów na tym właśnie forum, czyli blogu.
Nie zmieniło się nic w tym temacie, że bloga traktuję jako swoiste archiwum swoich tematów, pomysłów i spostrzeżeń. Jest tego tyle, że z pewnością nie wykorzystam wszystkiego w moim ograniczonym, nie wiadomo jeszcze jak bardzo, życiu. Trzeba być w tej kwestii realistą i nieustannie pamiętać, że ta chwila może być ostatnią daną mi w prezencie od Losu.
Zauważyłem zatem, że zmieniło się mojego podejście w kwestii dokonywania wpisów na blogu. Początkowo zakładałem sobie, że będę codziennie zamieszczał tutaj jakiś tekst, rozwijał jakąś myśl, dzielił się z innymi jakimś swoim spostrzeżeniem czy spostrzeżeniami. Wyznaczałem sobie przy tym jakieś tam cele, typu: określona liczba odsłon w tygodniu czy miesiącu, pozyskiwanie coraz to nowych odbiorców, a nawet myślałem o blogu jako miejscu zamieszczania reklam i pozyskiwaniu z tego tytułu środków finansowych. Często dokonywałem codziennie wpisów, gdyż byłem przekonany, że powinienem tak właśnie robić, aby osiągnąć założone cele.
Tutaj, na emigracji i w samotności, mam to szczęście, że mam czas na przemyślenie swojego życia od nowa i swojego podejścia do wielu spraw, między innymi mojego pisania, będącego moją opowieścią o sobie. Każdy ma taką opowieść! Jedni snują ją w wybranej przez siebie formie i dzielą się swoim życiem z innymi. Inni wolą milczeć i opowieść o sobie zachować tylko dla siebie. Wszyscy jednak mamy swoją opowieść o sobie.
W sowich przemyśleniach doszedłem do wniosku, że w moim pisaniu nie może być żadnego dyktatu, żadnego pośpiechu i osiągania jakichś tam celów pośrednich, jak zwiększanie liczby odsłon czy odbiorców.
Pisanie, snucie opowieści o sobie, powinno wynikać tylko z CHCĘ, a nie jakichś tam POWINIENEM, MUSZĘ, TAK TRZEBA, TAK WYPADA…
Tematy tekstów postów rodzą się w mojej głowie jak grzyby po deszczu. Życie, którego teraz właśnie doświadczam, jest jednym wielkim tematem czy pomysłem na pisanie.
W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że nie dam rady opisać wszystkiego, co opisać bym chciał, przekazać innym to, co rodzi się w mojej głowie. Nie zdołam poświęcać odpowiedniej ilości czasu na codzienne wpisy na blogu tylko po to, aby snuć swoją opowieść, którą snuję przecież tak naprawdę poza blogiem. Po uświadomieniu sobie własnych ograniczeń stwierdzam stanowczo, że jest to (opisanie wszystkiego na blogu) niemożliwe, choć w chwilach jakiejś tam tajemniczej euforii wydaje mi się, że mógłbym. Teraz już jednak wiem, że tylko wydaje mi się, a nie, że mógłbym.
Pozostaje więc mój blog moim swoistym medium, za pomocą którego kontaktuję się z tymi, którzy chcą kontaktować się ze mną. Pozostaje też mój blog moim swoistym archiwum tematów, pomysłów, myśli i spostrzeżeń.
Nie ma już jednak w tej kwestii żadnych przymusów dotyczących terminów dokonywania wpisów, ich ilości, liczby odsłon czy też liczby odbiorców. W przypadku, gdy tych ostatnich zabraknie, pozostanie mi przecież jeszcze snucie swojej opowieści o sobie właśnie sobie i samej opowieści. Przypominam sobie, że już kiedyś coś podobnego napisałem.
Dygresja!
Pewnie wielu z Was zauważyło, że 13 stycznia wypadało w piątek. Był to więc wymyślony przeze mnie Światowy Dzień Donosiciela. Pamiętałem o tym, ale darowałem sobie wpis z tym tematem związany. Po pierwsze, temat trochę mi się już znudził. Znudził mi się tak, jak samo myślenie o tych, którzy w przeróżny sposób na mnie donosili do prokuratury, na policję czy do mediów. Po drugie, przebaczyłem im i często się na siebie wkurzam, kiedy o tym myślę, ponieważ zapomnieć jeszcze nie potrafię. Wiem jednak, że to efekt uboczny mojej słabej wiary. Kiedy jednak wkurzam się na siebie za rzeczone przebaczenie od razu przywołuję się do porządku stwierdzeniem, że tak właśnie nakazuje religia, którą wyznaję. Mój Mistrz nakazał przebaczać, zatem trzeba przebaczyć i jak najszybciej zapomnieć, a nie roztrząsać przeszłości i zaśmiecać sobie tym głowę i serce. Czym bowiem są donosy, jeśli nie pierdołami, które rodzą się komuś tam pod kopułą czaszki? Słowem, religia nakazuje, trzeba wykonać bez żadnej dyskusji, jak rozkaz na wojnie.
Temat „trzynastego w piątek” uważam zatem za zamknięty, policjant o wdzięcznym nazwisku Wróbel niech zażywa w spokoju, jeśli jeszcze żyje, swojej emerytury aż do końca dni swoich na tej pięknej planecie, na której w twórczej wyobraźni człowieka wylądował niegdyś Mały Książę!
Obiecałem sobie dzisiaj w pracy, że jeśli w miarę wcześnie wrócę do domu, to jest późnym popołudniem, a nie późnym wieczorem, to zaparzę sobie mocną kawę i wypiję ją z mlekiem. Przez długi czas nie piłem kawy. Teraz piję kawę sporadycznie i traktuję tę czynność jak rytuał czy nagrodę za wykonanie kolejnego dobrego wyboru w życiu.
Jestem właśnie po wypiciu kawy.
Smakowała!
Dokonam tego wpisu na blogu, pokręcę się jeszcze chwilę po swoim życiu i spróbuję zasnąć.
Trzymajcie się i próbujecie co jakiś czas odpowiedzieć sobie na kilka zasadniczych pytań, jak choćby te: Czy zmieniamy się dlatego, że świat tak chce czy chcemy tego my?
This is the question!  
???

Następnym razem opiszę, jak to jest z tworzeniem wpisów na blogu, oczywiście na swoim przykładzie. Nigdzie więcej tego nie znajdziecie. 

15 stycznia 2017

Poetycka strawa na niedzielne popołudnie

Thomas Traherne

Angielski poeta metafizyczny urodzony w 1636 albo 1637 roku w Teddington w hrabstwie Middlesex. Zmarł w 1674 roku. Przeżył zatem zaledwie 36 albo 37 lat i jest kolejnym przykładem na to, że nie to nie długość życia decyduje o jakości tworzonego przez człowieka dzieła.
Traherne był anglikańskim duchownym. Jego twórczość praktycznie była nieznana do końca XIX wieku. Za to dzisiaj uważany jest za jednego z najwybitniejszych poetów metafizycznych.
Był synem szewca, ale dzięki pomocy krewnego ukończył Oxford i w wieku 23 albo 24 lat przyjął święcenia kapłańskie i po roku otrzymał prebendę w Credenhill, to jest uposażenie duchownego, które nie było połączone zasadniczo ze sprawowaniem obowiązków duszpasterskich. Ta forma uposażenia powstała w średniowieczu w celu zapewnienia środków duchownym nieposiadającym dochodów z działalności stricte duszpasterskiej.
Za życia w 1673 roku opublikował tylko antykatolicką polemikę Roman Forgeries. Zaraz po jego śmierci ukazały się dwie inne prace, które nie ukazywały talentu autora. Rękopisy wierszy i traktatów prozą przechowywał brat, a następnie manuskrypty krążyły przez dwa stulecia wśród księgarzy, aż w końcu zostały zakupione u ulicznego sprzedawcy pod koniec XIX wieku (ok. 1896r.).
Po różnych perypetiach ostateczne wydanie poezji nastąpiło w 1903 roku, a wydanie medytacji pięć lat później.
W Kościele anglikańskim nie ma formalnych kanonizacji, ale imię Thomasa Traherne’a jest wpisane w anglikański kalendarz liturgiczny (10 października), a jego wizerunek umieszczono na witrażu katedry w Hereford.
To tyle, co wynotowałem na chybcika z netu. Kto chce, niech sobie znajdzie więcej.
A teraz przyznajcie, że Powrót to piękny i przepełniony prawdą wiersz! 

Powrót

W dzieciństwa raj, o Panie, idę znów,
Aby w czystości trwał mój męski wiek,
W kołysce będę, otuli mnie puch,
Matczyny oddech od zła mnie będzie strzegł
I wrócę przez ogniste kręgi lat,
Mądry jak wtedy, nim grzech na mnie spadł.

Dopóki co dzień w boleściach przemagam
Pokusy głos, ten jest szczęśliwy, wiem,
Kto dzieckiem został. Więc skrzydła rozkładam
I lecę w łono matki, w nieskażony sen.
Już od maluczkich los mnie nie oddzieli.
Bezpieczny od pamięci, spocznę w bieli.
Katedra w Hereford, w której znajduje się
Kaplica Najświętszej Maryi Panny
(Lady Chapel)

Źródło: Wiki...


12 stycznia 2017

Z notatek na marginesie...

Dzisiaj miałem dzień wolny od pracy i załatwiałem sprawy urzędowe, które mnie tutaj dotyczą. Muszę przy tym przyznać, że machina biurokratyczna Zjednoczonego Królestwa działa skutecznie, choć gro spraw załatwia się po prostu przez telefon. Wystarczy tylko przejść tak zwany próg czy też test bezpieczeństwa, to jest podać pewne informacje, które upewnią urzędnika po drugiej stronie, że po tej stronie mówi ta właśnie osoba, która mówić powinna.
Próbowałem też poukładać swoje papiery. Po części udało mi się to zrobić. Reszta musi poczekać na kolejne wolne od pracy chwile. Dużo myślałem o pisaniu. Poniżej przepisałem dwa teksty, które zapisałem jakiś czas temu odręcznie i nie wiem, dlaczego nie puściłem w obieg. Może dlatego nie puściłem tych tekstów w obieg, ponieważ ciągle myślę o formie, w jaką ubrać to, co chcę napisać poza blogiem. I dzisiaj, oczekując na swoją kolej w  biurze, wpadł mi do głowy świetny pomysł, który teraz muszę rozpisać i później pozostanie tylko realizacja.
Sam nie wiem, dlaczego ciągle myślę o sobie jako człowieku piszącym? Coraz bardziej zdaję sobie sprawę z tego, że nie tyle moim marzeniem, co moim przeznaczeniem jest właśnie pisanie. Jestem w pracy, myślę o pisaniu. Wracam z pracy, nie szukam żadnego kontaktu z ludźmi, ponieważ myślę o pisaniu. Przed zaśnięciem myślę o… i tak w kółko. 
Jasne, że tęsknię za najbliższymi. Tęsknię na pewno więcej, niż o pisaniu myślę. Wiem przy tym, że pisanie może być formą ucieczki przed jeszcze większą tęsknotą. Jeśli tak jest, jak na razie, to dobra forma ucieczki i nie zamierzam nic zmieniać w tej materii w najbliższym czasie.
*
Podczas dzisiejszego pobytu w biurze przypomniałem też sobie, że nie obejrzałem do końca filmu New York, I Love You. Polskie tłumaczenie to Zakochany Nowy Jork. Napiszę tylko tyle, że film naprawdę warto obejrzeć, żeby kolejny raz przekonać się, że amerykański przemysł filmowy to nie tylko filmy akcji, horrory i cysterny krwi, ale też kawał dobrego kina! 
*
Jakiś czas temu kupiłem sobie tutaj wydawnictwo z 1000 krzyżówek panoramicznych. Myślałem, że w jakiś sposób umilę sobie samotne emigracyjne życie. Do tego miałem nadzieję, że rozwiązywanie krzyżówek dobrze wpłynie na kondycję mojego umysłu. Tyle razy słyszałem, że rozwiązywanie krzyżówek to wspaniały trening umysłu. Teraz mam na ten temat trochę inne zdanie. Nie, mocniej – teraz ma na ten temat zupełnie inne zdanie.
Stwierdzam z pełną odpowiedzialnością, że rozwiązywanie krzyżówek panoramicznych to nie tyle rozrywka, co męczarnia. Przynajmniej mój skołatany umysł nie odebrał tego jako rozrywki czy też dodatkowej formy treningu, bo o rozwoju już nie będę wspominał.
Kiedy człowiek po rozwiązaniu, powiedzmy, 100 krzyżówek dochodzi do wniosku, że hasła co jakiś czas powtarzają się i odnosi wrażenie, że ktoś najzwyczajniej w świecie robi go w konia, nakazując kręcić się w kółko, jak nakręcona pozytywka, to o rozrywce raczej nie może być mowy.
Wychodzi na to, jak nic, że zamiast rozwiązywać 1000, a dokładnie 1001 (tyle było w tej broszurze), krzyżówek, można dobrze rozwiązać kilkadziesiąt bez żadnego uszczerbku dla zdobytej wiedzy i bez straty cennego czasu, który można by poświęcić na przykład na lekturę jakiejś książki.
Ze mną jednak tak już jest, że często nie potrafię sobie powiedzieć STOP i brnę w swoich pomysłach do samego końca. Tak też postanowiłem przemęczyć te 1001 krzyżówek. Nie polecam jednak tego nikomu, chyba że umysłowym masochistom!
Strasznie mnie przy tym denerwuje naciąganie niektórych haseł – rozwiązań, żeby tylko pasowały do konkretnych kratek. I tak już nie sejsmolog zajmuje się badaniem zjawisk wewnątrz skorupy ziemskiej, tylko sejsmik (dopuszczalne w grach), doręczyciel przesyłki to nie dostawca, tylko oddawca, a kasza jęczmienna to nie krupa, tylko krupy, oczywiście dopuszczalna w grach forma. Żal coś tam ściska!. Ciekawe, co w grach nie jest dopuszczalne!
Można by jeszcze wymieniać, tylko pytam: Po co? Dość boleśnie poraniony jest język polski. Widać w tym, jak nic, pewne krwawe narodziny czegoś zupełnie nowego niż stara, dobra polszczyzna! Pozostanę przy starej, dobrej… i nie będę już sobie kupował żadnych krzyżówek dla rozrywki, bo stwierdzam z radością, że nie mam wolnego czasu.
Przyznam przy tym, że jakąś tam pociechą w tym wszystkim są niektóre hasła do poszczególnych krzyżówek. Część z nich to przysłowia ludowe, część to myśli poszczególnych autorów albo np. przykłady z napisów na murze, jak choćby ten: Żyrafa najwyższą formą życia!
Nie sposób się nie uśmiechnąć w obcowaniu z tak lotną twórczością!
Oto niektóre z haseł wynotowanych przeze mnie po przebrnięciu 1001 krzyżówek panoramicznych, które z pewnością opowieściami z tysiąca i jednej nie były!
Śmiałem się z myśli Antoniego Regulskiego: Cyklopom źle z oczu patrzy. 
Zaciekawiła mnie myśl Novalisa: Pewne czyny krzyczą wiecznie. 
Bardzo mądrze napisał F. Rene de Chateaubriand: Duma jest cnotą nieszczęścia. 
Mądre, jak tylko mądre może być przysłowie, jest przysłowie polskie: Ubogi złe ma u ludzi zrozumienie. 
Głęboko w człowieka wniknął Adolf Rudnicki ze swoimi słowami: Urojenia są groźnymi faktami. 
Ciągle się śmieję, gdy czytam polskie przysłowie: Psu wolno i na Księżyc szczekać. To bardzo ciekawa myśl. Od razu pomyślałem o moich oponentach i krytykach z przeszłości. Wiem, że porównanie jest okrutne, ale nie mogę się jemu oprzeć. Przychodzi mimowolnie!
Ciekawe są przysłowia polskie: Pilnuj tego, z czego chleb jesz! i Dobra odwaga, ale żeby była mądra. 
Natomiast przy lekturze kolejnego przysłowia polskiego: Pochyłego drzewa wiatr nie łamie, pomyślałem sobie, że za to, jak powiadają, na takie drzewo każdy obszczymurek sika!
Kolejne polskie przysłowie: Co tobie miłe, tego życz drugiemu, to, moim zdaniem, odwrócenie myśli: Nie czyń innemu, co tobie niemiłe i parafraza słów zawartych w Przykazaniu miłości!
Natomiast przysłowie chińskie: Najpierw ty, potem dopiero inni, to potwierdzenie autoakceptacji i poprzez nią akceptacji innych oraz otaczającego nas świata.
Tyle pożytku odniosłem z rozwiązania 1001 krzyżówek panoramicznych. 
Na końcu tej przygody naprawdę odetchnąłem z ulgą.
*
W dniu urodzin mojego młodszego syna zadałem sobie pytanie: Kto jeszcze, po kilku dniach, myśli o sylwestrowych szaleństwach, o nocy pełnej wrażeń, telewizyjnego show?
Rzeka czasu płynie nieprzerwanie i nieprzerwanie będzie płynąć, porywając w swoim nurcie kolejne ludzkie pokolenia, jednostki ludzkie z ich niespełnionymi albo zrealizowanymi marzeniami; w rzece czasu pogrążeni w żalu znajdą ukojenie, pokrzywdzeni znajdą zapomnienie krzywd i poczucie wyrównanych rachunków; w nurcie upływającego czasu każdy znajdzie odpowiedź na to, czego naprawdę potrzebował, a czego pragnął ponad tę miarę…
Dzisiaj, jutro, pojutrze, jak wczoraj, przedwczoraj, przed rokiem ktoś płacze nad grobem najbliższych; ktoś nie potrafi zrozumieć, że inaczej nie będzie; ktoś rozpamiętuje do granic wytrzymałości poniesioną klęskę… Dzisiaj, jutro, pojutrze wszyscy, bez wyjątku, skupią się na załatwianiu spraw, ich zdaniem, najważniejszych…
Tylko od czasu do czasu będzie nam dane świętować jakieś kolejne umówione rocznice, żeby nie zapomnieć, jak smakują uśmiech i radość.
Korowód życia i śmierci, tanieć radości i smutku, wzloty i opadanie, pył ziemi i bezmiar przestworzy…
I parafraza słów, które sam napisałem:
Jakaś płochliwa
w piersiach
skrzydeł łopotanina!
Po tym, co napisałem, ktoś może śmiało pomyśleć, facet musi mieć kaca po nocy sylwestrowej! Bo jeśli nie ma kaca, to skąd takie pierdoły mogą rodzić się w głowie człowieka niby zdrowego?
Żadnego kaca nie miałem.
Na pewno zaraz na początku roku dopadła mnie melancholia. W Nottingham padał deszcz, a mnie tak słońca było trzeba, słońca i mniej samotności, na którą sam się skazałem.
*
Takie to notatki na marginesie swojego pisania poczyniłem jakiś czas temu i właśnie do nich zajrzałem. 
Czy to ma jakąś wartość?
Dla mnie to jakiś ułamek utrwalonego na chwilę tego, co takie ulotne, efemeryczne, płoche…; ułamek życia ludzkiego człowieka szukającego wciąż życia.
Poza tym lubię pisać i robię to, co lubię! 
Co będzie następnym razem?
Najpierw chcę przespać noc, a kiedy ta przeminie
i dane mi będzie obudzić się, na pewno napiszę!
 



SATANISTA – ALKOHOLIK – czy ANIOŁ?

  Nie o Boyu Żeleńskim będzie to wpis, ale o Przybyszewskim Stanisławie, którego Boy znał osobiście. Muszę też od razu napisać, że o ile bar...