23 października 2016

Znów się bujam...

Zapiski z emigracji [14]
Pewnie spodziewaliście się, że napiszę dzisiaj coś na temat mojej postawy religijnej. Nie gniewajcie się, ale nie dam rady. Niedawno wstałem po zaliczonej nocnej zmianie w pracy, ale o tym jeszcze będzie. Do tego jestem przed wyjazdem na dzisiejszą nocną zmianę i nie wygospodaruję tyle czasu, żeby zagłębić się w siebie i swojego ducha znękanego angielską codziennością. Łatwiej więc mi pisać o tym, co tu i teraz, niż snuć rozważania nad moim pojmowaniem eschatologii.
W ostatni piątek, czyli przedwczoraj, przeszedłem testy kwalifikacyjne i znów jestem w pracowniczym obiegu. Tym razem spróbuję na dłużej podbić Worksop! Na ile mi się uda, będziecie wiedzieli. To niewielkie miasto w środkowej Anglii. Z historycznego punktu widzenia jest jak najbardziej związane z Nottingham, gdyż to właśnie w okolicach tego miasta rozpoczynał się obszar średniowiecznego lasu Sherwood, w którym rządził legendarny Robin Hood.
Piątkowy dzień był pełen wrażeń. Najpierw wyprawa do Worksopu. Po powrocie siadłem sobie na podwórku, żeby przemyśleć ostatnie wydarzenia. trafiłem na moment, w którym przechodził obok mieszkający po sąsiedzku starszy muzułmanin. Często tędy przechodzi. Spojrzałem w jego kierunku, a on wykonał głową gest przywitania. Odkłoniłem się szybko, a on podniósł rękę na znak przywitania. Zrobiłem to samo.
Pomyślałem sobie, że zaczynam rozpoznawać ludzi z okolicy, a oni rozpoznają mnie. Czyżby zatem przełom w mojej izolacji!? Nie chcę nic przesądzać. Wiem już, jak tutaj wszystko zmienia się z dnia nadzień.
Wybrałem się następnie na wędrówkę po mieście. W pewnym momencie zaczepił mnie Murzyn i zapytał o drogę do banku. Wiecie, jaką mam blokadę na mówienie w języku angielskim? Są chwile, że nie mogę wydusić z siebie słowa. Wtedy jednak, jakoś automatycznie wskazałem mu drogę. Podziękował mi i rozstaliśmy się, a ja nie potrafiłem się ruszyć z miejsca. Taki byłem zdziwiony, że coś w tej materii zaczyna pękać.
Jeszcze po zapadnięciu zmroku, ponowne przywitanie z innym staruszkiem muzułmaninem z sąsiedztwa (mieszka ich tutaj dość dużo). To nie tyle było przywitanie, co wymienienie uprzejmych słów.
Tylko niech nikt mi nie mówi, że zaczynam czuć się u siebie!
Poczekajmy!
*
Wracam, jak bumerang do krótkiej Niemieckiej emigracji. Zapisałem wówczas takie wrażenia i fakty:
Dzisiaj znów pracowałem tylko do przerwy. Odnoszę dziwne wrażenie, że właściciele za mną nie przepadają. Czuję też, jakby się mnie obawiali.
Fakt, żaden z Polaków jeszcze pewnie tak nachalnie nie prosił i nie dopominał się wi-fi. Zresztą, po co tu Polakom wi-fi?
A jak się przy tym przy odmowie dostępu pokrętnie tłumaczyli!
Z drugiej strony nie biegnę z językiem na brodzie, gdy nakażą mi coś tam zrobić. Spokojnie wykonuję swoją pracę, jak robią to Niemcy. Płacą mi poniżej najniższej krajowej, więc z jakiej racji miałbym się wychylać albo tracić dla nich zdrowie?
Ale faktem jest, że Polacy sami się prześcigają w wykonywaniu poleceń. Myślą, że kto pierwszy dobiegnie i przyniesie kość, pan pogłaszcze ich i pozwoli położyć się u swoich nóg.
Codziennie odciągają mi …€ za mieszkanie, w którym od lat nie było nic zrobione i panują chlewniane warunki. Płacę jak za średniej jakości hotel w Polsce i nie mam nawet dostępu do Internetu. Czy to nie śmieszne w Europie Zachodniej?
Od znajomych wiem, że kilkadziesiąt kilometrów stąd nie ma z tym problemu. Cóż, tam widocznie mieszkają normalni ludzie.
Zatem wszystko zależy od ludzi.
Moi pracodawcy widocznie nie lubią ludzi, którzy się uśmiechają, chcą się uczyć codziennie kilka słówek w języku obcym, rozmawiają z Niemcami, którzy chętnie im odpowiadają i pomagają. Poza jedną Niemką, wszyscy są dla mnie bardzo mili, a ja dla nich uczynny.
Jeszcze o właścicielach. Mam dziwne wrażenie, że oni potrzebują pracowników głupszych od siebie, żeby się w ten sposób dowartościować. Żeby pracownicy biegli wykonywać pracę zaraz po usłyszeniu i zrozumieniu polecenia.
Zobaczymy, co przyszłość przyniesie.
Najlepiej będzie to zakończyć, przemyśleć i następnie zapomnieć.
*
Ta emigracyjna przygoda przygnębia mnie.
Z przerażeniem sobie jednak uświadamiam, że to dla mnie prawdziwa przygoda.
Czy tak jest wszędzie na emigracji?
Nie!
W, że tak jest wszędzie na emigracji, nie uwierzę, ale tęsknię za samotnością i mieszkaniem w normalnych warunkach. No i żeby nikt mi nie zaglądał przez ramię, co piszę albo czytam.
*
Emigracja w ojczyźnie Robin Hooda to zupełnie inna bajka niż ta w kraju Ottona!
Ale i tu, i tam odniosłem wrażenie, że ktoś chce z nas zrobić konie pociągowe własnego wozu, na którym właśnie jedzie. I najsmutniejsze jest to, że woźnicą tegoż wozu są najczęściej Polacy.
Tutaj w Anglii grupowe miejsca pracy nazywane są często obozami pracy. Na ile to prawda, a na ile mit, spróbuję to roztrząsnąć, ale jeszcze chwila. Niech się rozliczę z notatek z poprzedniej emigracji i poruszę inne tematy, a wtedy przyjdzie czas na to, co widzę, słyszę i czego doświadczam ostatnio.

A teraz wybieram się do pracy!
Miłego niedzielnego popołudnia!

Bywajcie! 

20 października 2016

Nie jestem w Raju...

Zapiski z emigracji [13]
Chcę odrabiać zaległości i będę to robił. choć wiem, że łatwo nie będzie. Ale nie odpuszczę! 
Wczoraj jeden ze znajomych powiedział do mnie, że miejsce, w którym mieszkamy, w którym żyjemy wciąga człowieka swoim zdemoralizowaniem i patologią.
On pływa w tym, jak ryba w wodzie, ale ci, którzy przybyli tu niedawno z pewnością przeżywają szok.
Nie ukrywam, że ma wiele racji.
Ja widzę jednak codziennie uśmiechnięte dzieciaki, które najczęściej bawią się gromadkami na ulicy, na ulicy grają w piłkę, na ulicy siadają i rozmawiają.
Codziennie widzę takiego chłopca, może dziesięciolatek, który przechodzi obok mojego miejsca zamieszkania po to, aby zrobić zakupy w pobliskim sklepie albo niesie ze sobą piłkę i idzie pewnie pograć z kolegami.
Dzieci to najpiękniejsza część tego świata!
*
Jakiś czas temu inny znajomy z pracy (w której już mnie nie ma) po skończonej zmianie i przed odjazdem do domu powiedział mi: Marek, musisz być skurwielem, jak inni!
Dzięki! Odpowiedziałem, ale do klubu skurwieli nie zapiszę się, choćbym miał to przypłacić powrotem do kraju goły jak święty turecki.
*
Pamiętam, jak w Niemczech, po skończonej pracy pojechaliśmy na zakupy. Po drodze zaliczyliśmy policyjną kontrolę. Wszystko było w porządku, ale nas wylegimitowali. Chłopaki się zestresowali, choć nie wiem czym, ponieważ nie mieliśmy przy sobie nic, o co mogli policjanci się przyczepić ani nie jechaliśmy niezgodnie z przepisami. Ale kontrole policyjne tak na ludzi działają.
Po powrocie z zakupów chłopaki wysadzili mnie przed domem i ruszyli załatwiać swoje sprawy. Kolega miał klucze, ale mi ich nie dał. Stwierdził bowiem, że drzwi będą i tak otwarte! Dał mi za to komórkę do naładowania i pizzę do schowania w lodówce.
Tymczasem drzwi były zamknięte. Zadzwoniłem do głównych drzwi wejściowych. Nikogo w środku. Żadnego samochodu na podwórku. Wszystko wskazywało na to, że domowników nie ma. Tymczasem zaczął padać rzęsisty deszcz.
Zacząłem sprawdzać czy któreś z drzwi w obejściu są otwarte. Na szczęście tzw. „sklep”, czyli niewielka hala do pakowania warzyw, był otwarty i schroniłem się tam przed deszczem. W innym wypadku musiałbym siedzieć albo w szklarni, albo pod wiatą i czekać na czyjkolwiek powrót.
Przeczekałem tam ponad kwadrans, zanim pojawił się któryś z domowników i wpuścił mnie do mojego pokoju.
Chłopaki przyjechali po dobrej godzinie czy dwóch i stwierdzili, że to przecież nic takiego, nawet gdybym trochę zmókł!
*
To powyżej przypomniałem sobie, ponieważ tutaj również nikt z parasolem nie zaprasza do siebie moknących na deszczu.
To taka metafora dotycząca Polaków na emigracji.
Moje przygnębienie nie wynika z tego, że jakaś tam praca się skończyła, ponieważ zacznie się jakaś tam inna, ale z tego, że dostrzegłem w tej pracy, jak Polacy Polakom potrafią dokuczyć, jak potrafią poniżyć i upokorzyć, a gapie (też Polacy) ile mają przy tym radości.
Z moich obserwacji i doświadczeń wynika, że Polacy (nie czytaj: wszyscy) są tu najlepsi w dokładaniu swoim rodakom. Przedstawiciele innych nacji potrafią się tutaj ze sobą solidaryzować i wspierać siebie nawzajem. Ale podkreślę, że nie ma ludzi odstających od tej reguły.
*
Zauważyłem też, że jeśli Polakowi uda się tutaj zmienić pracę, to praca ta koniecznie musi być „lepsza”! Ile jest przy tym narzekań na dawnego pracodawcę i ile jest przy tym równocześnie pochwał dla nowej pracy i nowego pracodawcy!
Już nie mogę tego słuchać!
Nie napiszę też czym wychodzą mi pochwały nowych miejsc pracy i nowych pracodawców.
Podam przykład jednego z moich znajomych, który wcześniej pracował ze mną, a później zmienił pracę. Jakże on tę nową pracę wychwalał! Pracował tam zaledwie jeden dzień!
W tym tygodniu spotkałem innego znajomego, który przeszedł tę samą drogę, co poprzednik. Mówił, że wcale nie jest lukierkowo, gdyż pracę tę można stracić bez najmniejszego powodu!
Prawdy trzeba szukać pośrodku, pomyślałem!
*
Jakiś czas temu odwoziłem ludzi z pracy do domu. Skład: trzy kobiety, trzech mężczyzn i ja. Dwaj mężczyźni nie odzywali się zupełnie, ale za to najmłodszy chciał najwyraźniej wywrzeć wrażenie na kobietach i kreował się na znawcę tutejszych realiów mieszkania i pracy. Wyjaśniał, jak i gdzie kupić najtańsze papierosy; jak walnąć wódę albo coś więcej w czasie pracy, żeby było bez konsekwencji; jak bezczelni są pracodawcy (tu miał trochę racji) i jak można ich bezkarnie wydymać.
Na koniec pochwalił się, że właśnie miał wolny dzień, nie wiedział, co ze sobą zrobić, poszedł więc do salonu tatuażu i zrobił sobie obrazek – wstęgę miłości z imieniem żony.
Piękne! Nieprawdaż?
Dodał jednak później, że nie wie dlaczego to zrobił, gdyż z żoną jest właśnie w trakcie rozwodu.
Kobiety były zachwycone opowieścią. Bawiły się tym w najlepsze.
To obłęd, pomyślałem. I choć krew się we mnie burzyła od bliskiego przebywania z takimi ludźmi, nie odezwałem się słowem.
Nie jestem tutaj przecież po to, żeby psuć niektórym wielką radość z równie wielkiej głupoty!
*
Pewnego dnia podczas jazdy do pracy wyskoczyła nam na drogę sarenka. Puk i pojechaliśmy dalej, ale niesmaczne wrażenie pozostało dość długo.
Na szczęście wtedy nie ja prowadziłem!
Innego dnia znajomy z pracy mówi mi w czasie tej pracy, że idzie właśnie na zabieg.
Nie było go minut kilka, po czym wrócił zupełnie odmieniony i zakomunikował mi, że zabieg jak najbardziej się udał.
Inny znajomy z pracy i w pracy oznajmił mi, że najbardziej chciałby być ginekologiem. Wyjaśnił mi przy tym dokładnie, według jakiego klucza przyjmowałby swoje pacjentki, a jakie nie miałyby u niego szans.
Skończę ten wątek w tym miejscu, bo nie ma o czym pisać.
*
Teraz może o moim milczeniu na blogu i o zmianach, jakie zauważyłem.
W ostatnim tygodniu Odbiorcy z USA prześcignęli tych z Polski. Pojawili się Odbiorcy z Litwy. Mam też sieciowych znajomych we Francji, Kenii, Rosji, Belgii, Niemczech, Hiszpanii, Indiach.
Tyle pokazał mi w statystykach wujek Google.
Dzięki za odwiedziny i zainteresowanie.

Tutaj z dnia na dzień może być tylko lepiej…

Nie jestem w Raju! To wiem!
A czy jestem już w Piekle?! Tego jeszcze nie wiem!


Pozdrawiam wszystkich serdecznie!


5 października 2016

Z kraju tego....

Zapiski z emigracji [12]
Dzisiaj pracowałem dwanaście godzin. To nic trudnego. Warto czasami się sprawdzić. A jeśli jeszcze owo sprawdzanie siebie wychodzi, to już jest całkiem nieźle, mimo późniejszego zmęczenia mięśni i umysłu.
Wychodziłem dzisiaj na kolejną przerwę w korowodzie ludzi. Obok mnie szedł chłopak, nie, mężczyzna, który plunął sobie pod nogi. Nagle słyszę kobiecy głos: Co ty, kurwa, robisz? Przecież ja tu sprzątam!
Nie było żadnej reakcji ani ze strony plującego, ani ze strony ludzi w korowodzie.
Skąd oni się biorą? Pytał kobiecy głos.
Z Polski! Odpowiedziałem w myślach. Jeszcze bowiem nie czas, abym takie przemyślenia wypowiadał na głos.
Później sobie pomyślałem o Norwidzie i jego Z kraju tego, gdzie kruszynę chleba podnoszą z ziemi przez uszanowanie….
I opamiętałem się, żeby nie mieszać tych dwóch światów!

Wczoraj wspomniałem o wspomnieniach z niedawnej emigracji niemieckiej. Przypomniało mi się, jak któregoś dnia pracowałem w tak zwanym „sklepie”. To było cś w rodaju małej linii produkcyjnej w rodzinnym zakładzie. Pracowałem tam z kobietami. Pakowaliśmy warzywa. W zdecydowanej przewadze byli Niemcy.
Nikt nikogo nie poganiał. Każdy miał czas na wykonanie swojego zadania. Dużo rozmów, śmiechu. Nic, tylko pracować!

Szczęcie trwało krótko. Szefowa przed lunchem powiedziała, ża mam dzisiaj wolne popołudnie!

Kiedy z tą wiadomością przyszedłem do chłopaków na lunch, ucieszyli się z tego, że pauzuję do końca dnia.
Kiedy widziałem ich zadowolone miny, powiedziałem, że nawet się cieszę. Wezmę prysznic, posprzątam i ruszę na spacer.
Pod koniec przerwy zaczął jednak padać deszcz. Zatem ze spaceru wyszły nici.
Wziąłem prysznic, wyniosłem kosz i posprzątałem.
Do powrotu chłopaków pouczę się  języka niemieckiego, a później popiszę, pomyślałem i tak zrobiłem.
Widziałem prze okno, jak pada.
No to chłopaki mają swoje godziny, myślałem.
Nie czułem żadnej satysfakcji, choć wcale nie było mi ich żal.

Dowiedziałem się później, że chłopaki poprosili szefową o zaliczkę. O mnie żaden nie wspomniał, choć wiedzieli, że nie mam grosza przy duszy.

Dzień skończył się tak, że chłopaki wrócili w niecałą godzinę po przerwie, przemoknięci i zmarznięci.
Co o tym myśleć?
Nic! Choć podpada to pod jakąś tam sprawiedliwość trochę wyższą niż polska temida!

A ja wyjechałem tam tylko po to, żeby odrabiać jakieś tam zaległości finansowe!

Jutro jeszcze trochę…


3 października 2016

Co jest, a co będzie?

Zapiski z emigracji [11]
Od kilu dni „chodzi” za mną wiersz Zbigniewa Herberta, a raczej fragment Prologu:
Wyrzuć pamiątki. Spal wspomnienia i w nowy życia
strumień wstąp.
Jest tylko ziemia. Jedna ziemia i pory roku nad nią są.
Wojny owadów – wojny ludzi i krótka śmierć nad miodu kwiatem.
Dojrzewa zboże. Kwitną dęby. W ocean schodzą rzeki z gór.
Zbigniew Herbert to jeden z najbardziej ulubionych przeze mnie poetów, eseistów i.... On, w moim młodzieńczym życiu, pokazywał mi swoją twórczością, jak płynąć pod prąd, bo, jak to on powiedział, z prądem płyną śmieci.
Nie wiem, skąd przyleciał ten fragment jego twórczości do fabrycznej hali pełnej hałasu i ludzkich nerwów?
Lubię też jeden z cytatów z jego dramatu Jaskinia filozofów, gdzie jedna z postacie mówi: Nic tak nie wzmacnia ducha, jak ranne wstawanie i alternatywa,
Ranne wstawanie mam codziennie, praktycznie wstaję przed słońcem. Natomiast jeśli idzie o alternatywę, to nie widzę jej na razie na horyzoncie jutra.
Nie narzekam jednak i trzymam się tego, co jest. Płynę zatem trochę z prądem, ale, jak wspomniałem przed chwilą, nie mam na razie wyboru. Z jednej strony trochę boję się zmian. Z drugiej – poraża mnie ta niepewność o jutro w tym emigracyjnym raju wymarzonym.
Skupiam się na tym, aby myśleć o sprawach istotnych – porozmawiać codziennie z najbliższymi, nie zapominać o zobowiązaniach, pielęgnować miłość do ludzi mi bliskich i spróbować zrozumieć tęsknotę za najbliższymi; tęsknotę, która trawi mnie od jakiegoś czasu, z którą muszę oswoić, aby była cząstką mojej codzienności, a nie, jak teraz, jej podstawowym elementem.
Cieszę się, że zdrowie mnie nie opuszcza, sił czasem brakuje, ale nadrabiam dobrą miną.

Pamiętam, jak wyrzucałem sobie w Niemczech, że przepalałem dziennie 2€. W Nottingham trawię na ten paskudny nałóg przeciętnie 2,75£. Zatem najwyższy czas, żeby coś z tym zrobić i dojrzewa we mnie myśl o decyzji, żeby dać sobie codziennie więcej czasu dla siebie, ponieważ rzucenie palenia, to dla mnie danie sobie kilkudziesięciu minut dziennie na rozmyślanie o tym, po co tu jestem.

W pracy, którą wykonuję, lubię to, że mam czas dla siebie. Mogę do woli rozmyślać, modlić się, nucić piosenki, recytować fragmenty zapamiętanych wierszy.
Minusem jest to, że coś mnie tam ciągle kąsa. Wystarczy, że zauważę jaką meszkę czy innego latającego stwora, a już po kilku minutach mam bąbla na przedramieniu czy szyi. Początkowo mnie to przerażało i frustrowało. Teraz dociera do mnie myśl, że muszę to przejść, uodpornić się, zahartować. Jak będzie, zobaczymy!
Dzisiaj w pracy, żeby nie zostawać na dwanaście godzin, uciekłem się do kłamstwa. Nie byłem w stanie tyle pracować. Na jutro natomiast już potwierdziłem, że zostanę dłużej.
Moje myśli dosłownie galopują. W poczekalni czeka dokończenie Samorządowego getta, czeka inna książka, a na horyzoncie pomysłów pojawia się kolejna pozycja o tym, co tutaj.
Będzie to firma fabularyzowana forma pamiętnika. Jest tu tyle spraw do opisania, że Szczęśliwego Nowego Jorku zdaje się blednąć.
Przypominają mi się chwile z krótkiej emigracji w Niemczech. O tym jednak napiszę innym razem. Dorzucę coś stąd i postaram się być na bieżąca, bo jestem to winny czytelnikom z krajów, które wymienię w następnym poście, a którzy, mimo moich zanudbań na blogu, zaglądają tam co jakiś czas!


29 września 2016

Ja wiem...

Zdjęcia w dzisiejszym poście, to rzecz codzienna w rzeczywistości, w której obecnie się znajduję. Sam sobie się dziwię, że ogarniam wszystko wokół siebie, ale to z pewnością efekt tego, że niewiele myślę, tylko działam intuicyjnie.
Wiem, że jestem za stary, żeby ogarnąć życie w Anglii. Spotykam jednak co krok ludzi dwa razy młodszych ode mnie, którzy tutejszą rzeczywistość ogarniają dużo gorzej ode mnie. Spotykam też moich rówieśników, którzy siedzą w Anglii lata i jedyne czego się dorobili, to nałogi i pokręcone życie osobiste.
Próbuję podglądać codzienne życie Anglików. Tych prawdziwych. Przyznaję, że to dość trudne w moim położeniu, ponieważ pracuję głownie z moimi rodakami, a kiedy idę, np. do sklepu, to Pakistańczyk tak mówi po polsku, że nie chce ze mną rozmawiać w innym języku.
Pewnego dnia po pracy w Melton (Jeszcze o tym mieście napiszę, choć nie o miejscach pisać mam, tylko o ludziach i obiecuję, że będę trzymał się tej zasady) zajechałem z ludźmi do sklepu. Zrobiłem małe zakupy i mówię do sprzedawcy: See you tomorrow! A on mi na to: Nara!
Zatrzymałem się w drzwiach, spojrzałem na faceta (Pakistańczyk?) i uśmiechnąłem się!
Co miałem powiedzieć? Powiedziałem: Nara! i wyszedłem na zewnątrz. 

Tutaj nie jesteś pewny czy zabierzesz ze sobą śniadanie do pracy.
Zostawmy interpunkcję w spokoju!
W ostatnią niedzielę, jak przystało na heretyka, pracowałem, a po pracy poproszono mnie, abym pojechał do Leicester. No to pojechałem. Miałem okazję zobaczyć kolejny kawałek Anglii. Krajobrazowo to bardzo ciekawy kraj. Mijane wioski i miasteczka naszpikowane są zabytkami. Przy tym architektura bardziej niż nudna – przesyt czerwonej cegły i od czasu do czasu widać jakieś budowle z piaskowca. 
Za to widoki wspaniałe. Mam ciągle wrażenie, jakbym był w polskich Bieszczadach – po drodze góra, dół... I to takie wzniesienia, że zatyka mi uszy. 

 Nie licz też na to, że po pracy zastaniesz posprzątaną łazienkę!
Jak wyżej!

Wracajmy jednak do moich rodaków tu przebywających, mieszkających i będących tutaj na chwilę. nie ogarniam ich jeszcze. Nie ogarniam języka, którym mówią. Nie ogarniam ich myślenia. Nie ogarniam zachowania i podejścia do pracy,
Będę jeszcze o tym pisał, a zamieszczone fotografie, niech mówią same za siebie, w jakiej rzeczywistości obecnie przebywam.
Od razu zaznaczę, że to nie jest norma, ale takie wyjątki mogą właśnie normę stanowić.

Jestem zdrowy i to jest najważniejsze.

Wiem, że w nadchodzący weekend będę miał jeden dzień wolny. Może uda mi się ogarnąć wreszcie jakiś temat od początku do końca. A tych tematów jest tyle, że głowa może rozboleć!
Dajcie mi jeszcze chwilę. Wszak życie jest chwilą. Zatem dajcie mi jeszcze chwilę, a rozpiszę się, na miarę, mam nadzieję, Waszych oczekiwań!
A dzisiaj? Koniecznie nie zapomnieć wystawić kosza z opadami do recyklingu!
Trzymajcie się zdrowo!
No i chwila na zadumę!
    Chwila tylko dla mnie!


20 września 2016

Całkiem niezły czad!

Zapiski z emigracji [10]
Świat, w którym ludzie rozmawiają ciągle o zmianie pracy na lepszą (czytaj – lepiej płatną), przeżywają wysokość ostatniego pay slipa (pisemne potwierdzenie wypłaty), szukają ciągle lepszego (czytaj – tańszego lokum), chwalą się nowo nabytymi ciuchami, spędzonym tanio (w rzekomo atrakcyjnym miejscu) weekendem, wyrywają sobie pracę w nadgodzinach (najczęściej w weekendy), narzekają na pracodawców, dojazd, warunki pracy i płacy, plotkują o sobie, wyśmiewają się z innych, wyśmiewania z siebie absolutnie nie dopuszczają (taka sytuacja nie ma prawa się zdarzyć), mierzą swoją wartość układem z managerem, team liderem czy innym wielkim ich światka…; taki świat nie jest moim światem, ale w nim tkwię, żyję, jestem, przystosowuję się, zmieniam wokół siebie, co możliwe, jestem obecnie ułamkiem, procentem, cząstką… tego świata.
Dowiedziałem się ostatnio, że nazywają mnie Marek Taksówkarz. Nawet się z tego cieszę, ponieważ lubię film „Taksówkarz” z R. A. De Niro w roli głównej (Kto nie oglądał, powinien zobaczyć ten obraz.). sprawa dotyczyła tego, że byłem już po pracy, gdy zadzwonił manager i zapytał czy dam radę zrobić jeszcze jeden kurs po ludzi z popołudniowej zmiany.
Zgodziłem się.
Jak się później okazało, wszyscy wolni w tym czasie kierowcy wypięli się na ten wyjazd, wymyślając różne powody. Tymczasem około 19 mil od Nottingham sześcioro ludzi po godzinie 22 nie wiedziało czy będzie miało transport do domu.
Kiedy wróciłem do domu, było już po północy, a musiałem wstać o godzinie 430, żeby zawieźć ludzi i pojechać samemu na poranną zmianę.
Zawiozłem!
W drodze powrotnej trzy razy głowa „poleciała” mi bezwładnie, czyli przysnąłem ze zmęczenia za kierownicą.
Wszyscy dojechaliśmy szczęśliwie do domu, a ja padłem i obudziłem się dopiero przed wyjazdem do pracy następnego dnia.
Od tego wyjazdu inni mówią, że jestem jak taksówkarz, którego można w każdej chwili wezwać, żeby jechał po ludzi. I co tu dużo mówić, podśmiewają się ze mnie.
Ja jednak myślę jednak trochę inaczej i jestem z trochę innej bajki. Cieszę się, że ludzie, po których wtedy pojechałem, mogli spokojnie odpocząć w swoich wynajętych czy też własnych łóżkach.
Od tamtej pory mówi się o mnie, że jestem miękki, bo inni mieli w du… tych, którzy czekali wówczas na transport.
Ja natomiast się cieszę, że przywiozłem tych ludzi. I to moje myślenie nie jest normalne u przeciętnego Polaka na emigracji, widzącego co najwyżej końcówkę swojego nosa. Dlatego dla niektórych jestem Marek Taksówkarz (wymawiane z ironią), który wozi ludzi za free, jak to znajomi mi Polacy po angielsku już powiedzieć potrafią.
Dzisiaj, w drodze powrotnej z pracy, rozmawiałem o tym ze znajomym. Doszliśmy do wniosku, że gdyby ci, którzy się ze mnie wyśmiewają, siedzieli wtedy kilkadziesiąt kilometrów od domu i zastanawiali się czy ktoś zgodzi się po nich przyjechać, pewnie myśleliby trochę inaczej.
*
Kilka dni temu wysiadał z auta jeden z pracowników, których wożę do pracy. To team lider, szycha, ktoś, z kim warto trzymać. Powiedziałem do niego: No to na razie! On na to: Kup sobie bazie! A następnie wydmuchał nos w tradycyjny polski sposób na chodnik. Przechodnie patrzyli ze zdziwieniem. Tymczasem rodak mój kroczył dumnie i szeroko przed siebie, zadowolony z siebie wyjątkowo bardzo. Kroczył pewnie w kierunku lokum, które koniecznie musi wymienić na lepsze, czyli tańsze.
Jak nas widzą, tak nas piszą! Skomentowałem głośno zachowanie rodaka. Zrobiłem to specjalnie, żeby wszyscy pozostali w aucie pasażerowie to słyszeli. Nikt się nie odezwał!
*
Współpracownik w fabryce dostaje w pewnym momencie takiego przyspieszenia, że trudno to sobie wyobrazić. Potrafi robić robotę za dwóch czy trzech.
Skąd mu się to bierze? Pytałem siebie nieraz.
Dopiero niedawno zrozumiałem przyczynę takiego nagłego przypływu energii i tego młodzieńca.
Jak się okazuje, tylko jednostki takie, jak ja, nie potrafią dodać sobie wigoru. Może nie tyle nie potrafią, co nie chcą.
*
Tutaj naprawdę codziennie coś mnie gryzie. Po powrocie z pracy rozmawiałem przez chwilę ze współlokatorem, który z uśmiechem na twarzy stwierdził, że nikogo w domu nic nie gryzie, tylko mnie.
Ja mu na to, że nie tylko w domu, ale też w pracy.
Dzisiaj pod koniec pracy wyskoczyły mi kolejne bąbelki na prawym przedramieniu.
*
W minioną sobotę nie pracowałem. Wybrałem się więc na małe zakupy. Za rogiem mojej ulicy przeciął mi drogę stały bywalec wielkich skupisk ludzkich – szczur. Wylazł sobie spokojnie spod zaparkowanego samochodu, przeciął chodnik i wśliznął się na najbliższego garażu. Był wielki. Nie mogłem się nadziwić, jak mógł przejść przez tak małą szparę między podłożem a drzwiami garażu. Ale mógł, ponieważ jego długi ogon jeszcze przez chwilę tkwił na chodniku.
To się nazywa umiejętność przystosowania do danych warunków, pomyślałem.



Mam się uczyć od szczurów życia na emigracji!?


18 września 2016

Cholera!

Wow!
Miałem dzisiaj pisać o takich, w moim mniemaniu, mądrych, sprawach, rzeczach czy jak kto tam zwał, a wyszło na to, że wróciłem z pracy, jak przystało na heretyka, który niedzieli świętej uświęcić nie potrafi  i pracował w tym dniu świętym; wyszło z tego, że nie mam siły wydusić z siebie nic sensownego.
Dostałem właśnie wiadomość, z kim, a raczej kogo mam jutro wieźć do pracy.
Przygotowuję się zatem do spania. 
Ale, pomysłów na pisanie mi przybywa! 
To znaczy, że łapię drugi oddech?!
Poczekajmy! 
Zobaczymy, jaki będę jutro po pracy. 
Kiedy wstanę za godzin pięć, przepracuję godzin co najmniej osiem, wezmę prysznic i siądę na chwilę, żeby zastanowić się, co robić dalej.
Zobaczymy. 
Poczekajmy!
Ja, gnostyk czy heretyk, pozdrawiam Was, daleko i blisko mnie będących!  
A wiedzcie o tym, że myślami blisko jestem z Wami, mimo odległości, która nas dzieli!


SATANISTA – ALKOHOLIK – czy ANIOŁ?

  Nie o Boyu Żeleńskim będzie to wpis, ale o Przybyszewskim Stanisławie, którego Boy znał osobiście. Muszę też od razu napisać, że o ile bar...