16 grudnia 2016

Czasami jest zabawnie, choć i smutno

Pamiętam, że miałem Wam opisać moje samopoczucie po nieprzespanych 48 godzinach. Miałem to zrobić rano, zaraz po przyjściu z pracy. Nie dało się jednak zebrać myśli. A co do mojego ówczesnego samopoczucia, to mogę tylko powiedzieć: Jeśli macie pięćdziesiątkę na karku, to nie poddawajcie się podobny próbom, ponieważ szkoda zdrowia.
W pracy czułem się fatalnie. Kilka razy odpłynąłem niezauważenie dla innych. Raz wpadłem, gdyż jeden ze współpracowników zapytał głośno: Co ty robisz? Obudziłem się natychmiast z pełną świadomością. Jakby spał i był zarazem na jawie. Natychmiast odpowiedziałem mu: Nie pytaj, ponieważ ci nie powiem prawdy. Później jednak przyznałem się do tego, że przysnąłem.
Nikt się specjalnie nie zdziwił. Najwidoczniej takie chwile na nocnych zmianach są wszystkim dobrze znane. A jeśli nawet ktoś tam nie przysnął w pracy na stojąco czy siedząco, to każdy rozumie tego, który to właśnie zrobił.
Później kilka osób pytało mnie czy naprawdę przysnąłem na stojąco, gdyż nie mogło w to uwierzyć. Kiedy potwierdzałem ten fakt i mówiłem, że nie śpię od iluś tam godzin, wszyscy stwierdzali, że tak nie wolno. Koniecznie trzeba nocki odsypiać.
Zatem gdy tylko udało mi się dotrzeć rano do swojej Norki, zapadłem na całodniowy sen. Wstałem tuż przed wyjściem do pracy. Ta noc, to już było to – żadnego zmęczenia, przysypiania, chęć do pracy, uśmiechu (choć rzadko mi tam do śmiechu) i jakichś tam ukradkowych rozmówek ze znajomymi.
A teraz kilka migawek z życia wziętych.
*
Zenek jest fajny.
Wracałem z nim swego czasu z pracy.
Mówi o sobie tak, jakby mówił o osobie trzeciej. Na przykład, kiedy pytałem go, dlaczego stracił poprzednią pracę, odpowiedział: Zenek lubi popić!
Wczoraj rano Zenek znów wracał ze mną z pracy i miał wielki problem. Kiedy ostatnim razem zapił po wypłacie (w poniedziałek już był czysty finansowo), zgubił był kartę bankomatową i nie wiedział, jak ma wypłacić sobie dzisiejszą wypłatę.
­ No i nie będzie rano piwka! – powiedział ze smutkiem.
­ Spróbuj jeszcze raz dokładnie i na spokojnie poszukać w mieszkaniu. – zaproponowałem. – Czasami nie widzimy tego, czego szukamy podenerwowani.
Wczoraj Zenek przyszedł do pracy uśmiechnięty. Posłuchał mojej rady i znalazł swoją kartę kredytową pod lodówką.
­ Zajdziemy dzisiaj po pracy na piwko – powiedział.
­ Piwka nie piję – powiedziałem – ale chętnie cię naciągnę na jakiś napój energetyczny. Po pracy przyda się doładowanie.
Nie miałem skrupułów, żeby Zenka na napój naciągnąć, gdyż przez kilka dni częstowałem go papierosami. Jak bowiem wspomniałem, od poniedziałku nie miał przy sobie złamanego grosza, a raczej pensa.
Rano musiałem chwilę dłużej od Zenka w pracy zostać. Kiedy wyszedłem na zewnątrz, Zenka już nie było. Wysłał mi sms-a: Pojechałem z…
No proszę! I po napoju energetycznym, pomyślałem.
Wczoraj Zenek czekał na mnie pół godziny. Miał bowiem nadzieję na kolejnego papierosa w drodze powrotnej.
Dzisiaj pewnie pomyślał, że przecież może sobie papierosy kupić, no i szybciej niż ze mną dotrzeć do sklepu na piwko.
Ciekawe co mi dzisiaj powie w pracy?
*
Młody jest w robocie nieustannie pobudzony, że część wie, a część się domyśla jego miłości do białego szaleństwa.
Upodobał mnie sobie i zawsze chce pracować obok mnie. Przy tym kilka razy na godzinę prosi, aby spojrzał na jego nos. Dokładnie na lewą dziurkę. Czy wszystko jest OK. na przykład czy nie ma tam czegoś białego albo czy nie krwawi.
Irytuje mnie to jak cholera, ale lubię chłopaka, bo jest przy tym szczery i wesoły. Proszę go też, żeby z tym skończył przynajmniej w pracy. Codziennie obiecuje, że od jutra i codziennie bije się w pierś.
Młody chlasnął się kilka dni temu nożem. Sprawa wyglądał poważnie i przełożona Angielka chciała wezwać pogotowie. Na szczęście młody ją uprosił, żeby tego nie robiła, bo nic jemu nie jest i czuje się świetnie. To nic, że mało sobie palca nie chlasnął!
Pewnie domyślacie się, że lekarz raczej zaszkodziłby młodemu, niż mu pomógł.
Angielka się zgodziła i młody wrócił do pracy. Przez trzy godziny powtarzał wciąż: Ja pierdolę! To było zawołanie, które miało znaczyć, że go boli i że nie wie czy wytrzyma do końca. Słuchałem tego zawołania i myślałem, ciekawe jak długo wytrzymam. Sprawdzałem swoja cierpliwość. Wystarczyło mi jej na ponad dwie godziny. Później za każdym razem prosiłem, żeby zamknął ryja, ponieważ inni zaczną interesować się nim ponad miarę i może beknąć. Przyznawał mi rację i po sekundzie dodawał: Ja p…!
To były długie trzy godziny!
Nie narzekam, ponieważ mógł się skaleczyć na początku zmiany i wtedy musiałby go słuchać około ośmiu godzin.

Dzisiaj w pracy młody był znów pobudzony.
Jeden z durniów (będę o durniach pisał w następnym poście) zapytał młodego czy jest ćpunem.
Młody opowiedział, ze większość tutaj to ćpuny. Co drugi to ćpun!
Dureń się uśmiechnął.
Ponieważ młody stał przy mnie, poradziłem durniowi, aby zaczął odliczać ode mnie. Drugi będzie młody, czyli jego zdaniem ćpun i niech tak dojedzie do siebie. Wtedy zobaczy, kim on jest.
To trochę wyciszyło durnia, ale i tak wjeżdżał młodemu na głowę. W końcu chłopak poprosił, żeby go przeniesiono dalej od durnia.

Na razie tyle, ponieważ musicie wiedzieć, że tekst ten piszę po nieprzespanej nocy i muszę koniecznie położyć się na kilka godzin. Nie chcę powtórki z niedawnej rozrywki!
Może jutro o durniach, z którymi przychodzi mi obcować, czyli tekst: Modlę się też za durniów.

Trzymajcie się zdrowo i wysypiajcie się przed pracą, jakakolwiek byłaby skromna! 

13 grudnia 2016

Cwaniak z kolegą

Po przepracowanej, a zatem nieprzespanej, nocy znów w dzień nie spałem, nie śpię. Od razu po robocie wypędziły mnie w teren sprawy rodzinne, bo to przecież BN za pasem, a ja zupełnie o tym nie myślałem. Dopiero wczorajsza kartka od syna i opłatek od syna i żony uświadomiły mi, że mam niecałe dwa tygodnie, żeby dopiąć pewne sprawy.
Przyznam, że zanadto skupiałem się na pracy, a w pisaniu przede wszystkim na tym, co mnie tutaj spotyka. Przecież życie się na tym nie kończy!
Wybaczcie mi, ale dzisiaj jeszcze napiszę o sytuacjach z udziałem Polaków (w tym mnie) na emigracji. Później natomiast będę tylko okazjonalnie wracał do tematu emigracji, choć, muszę przyznać, to bardzo intrygujące zagadnienie.
Dzisiejszej nocy na przerwie w pracy rozmawiałem z kolegą o naszym wspólnym znajomym, który nieźle popijał i jeszcze nie przestał. Kolega opowiadał mi, jak to nasz wspólny znajomy przyszedł kiedyś do pracy tak nawalony, że później nie pamiętał, że w pracy był.
Nic, tylko śmiać się. No i śmialiśmy się!
Opowieść kolegi usłyszał warszawski cwaniak, który z nami pracuje. Od razu wyskoczył:
‑ Pracowałem kiedyś z M (nasz wspólny znajomy) i raz był tak najeb…, że wajzer (czy wajzerka) wygonił (-a) g na kantynę, gdzie jeszcze się dopił. Siedział na krześle, z którego się później spier… i walnął mordą o ścianę. Rozwalił sobie ryja i tak siedział w kałuży krwi, a do tego jeszcze się oszczał.
Cwaniak mówił to z wyraźną niechęcią i pogardą.
Nikt się nie śmiał z jego opowieści.
My – Polacy tak tutaj – na emigracji często o sobie mówimy i tak traktujemy siebie nawzajem.
A co do picia i upijania się na umór. Tutaj to dla zdecydowanej większości jedyny sensowny sposób na spędzenie wolnego od pracy weekendu.
Dzisiaj, jeśli w pracy będę wyglądał na zmęczonego, niewielu mi uwierzy, że to kwestia braku snu. Większość będzie głośno twierdziła, że musiałem nieźle pochlać.
Kiedy oznajmiam, że nie piję, ta większość uśmiecha się pobłażliwie, co ma oznaczać: Pod włos to Szweda, bo Polak się nie da!

Ten sam cwaniak kilka dni temu wymyślił super zabawę, żeby urozmaicić sobie czas w pracy. Rzucał w innych pracowników (Polaków) zmarzniętymi kawałkami warzyw. Jedna osoba oberwała w głowę. Druga o mało nie straciła nosa. Trzecią trafił w okulary (ja też noszę okulary). Trzecia nie wytrzymała i wykrzyczała na całą halę, że ma dość takich zabaw.
Sprawą zainteresowała się nasza przełożona – Angielka. Stwierdziła, że sprawdzi monitoring i sprawę wyjaśni.
W czasie przerwy cwaniak ze swoim dobrym kolegą szydzili z osoby, która nerwowo nie wytrzymała. Słuchało tego w milczeniu kilkanaście osób. Tylko jedna dziewczyna odezwała się, że nie podobają jej się takie zagrania, gdyż wcześniej też oberwała takim zmarzniętym kawałkiem i wcale nie było jej do śmiechu.

Ostatniej nocy cwaniak z kolegą wpadli na pomysł innej zabawy. Przykleili samoprzylepne karteczki na plecach dwóch dziewczyn. Jeden napis sam przeczytałem. Brzmiał: „Zrobię loda”, a do niektórych czytających ten napis pomysłodawcy wołali, że jeszcze powinno być dopisane FREE!
Przyznacie, ze język angielski opanowali do perfekcji!
Dziewczyna w pewnym momencie opuściła stanowisko pracy, a kiedy wróciła była najwyraźniej zła i zawstydzona.
Napis widziało kilka osób, w tym jedna kobieta i ja. Boże, jak ja żałuję, że nie powiedziałem tej dziewczynie o kartce albo nie zerwałem tej kartki, że nie zrobiłem tego na oczach pomysłodawców.
Czekam na następną okazję, żeby odpokutować swoją bierność!
Nie dziwię się milczeniu kobiety, która napis widziała i nie poinformowała o tym współpracownicy.
Jestem za to przerażony swoim zachowaniem!
Napis na plecach drugiej dziewczyny miał brzmieć: „Przeleć mnie”.

Tej samej nocy, czyli ostatniej, doszło między dwoma Polakami do ostrej scysji. Głośno i bez ceregieli poczynali sobie w mowie.
Po wszystkim kolega cwaniaka głośno, żeby wszyscy słyszeli, zapytał retorycznie: Na swojego warczy?
Najwidoczniej zapomniał już, że „swojego” wystawił przed chwilą na pośmiewisko innych.
Przyglądają się temu pracujący z nami Anglicy, Węgrzy, Rumunii i Grek, który ma za żonę Polkę.
Nie wiem, co o nas myślą.
Wiem tylko, że sobie nawzajem nie robią takich numerów!
*
Jutro po powrocie w pracy spróbuję napisać, jak się czuję po 48 godzinach z minutowym hakiem bez snu.

Jeśli nie dam rady, to napiszę pojutrze! 

12 grudnia 2016

Wstydzę się...

Dziwię się często, jak Polacy na emigracji potrafią się zachowywać, jak podle potrafią postępować i do jakich czynów są gotowi, aby osiągnąć zamierzony cel.
Nie jestem lepszy!
Na emigracji – obce miejsce, obcy ludzie, inna rzeczywistość… - po jakimś czasie człowiek zauważa, że może tu bezkarnie robić rzeczy, o których wcześniej nawet nie myślał, a jeśli już to z dezaprobatą albo odrazą. Po jakimś czasie pobytu na emigracji wydaje się człowiekowi, że to, co robi, to tylko tutaj, w miejscu, które i tak za jakiś czas opuści, być może na zawsze, to tylko wśród ludzi, z którymi i tak nie jest emocjonalnie związany i którzy i tak za chwilę staną się co najwyżej wspomnieniem. Czym się zatem przejmować przy podejmowaniu podłych decyzji i podle czyniąc? Przecież to tylko emigracyjna chwila, przerwa w ojczystym życiorysie.
Poza tym na emigracji obowiązują swoiste prawa dżungli – albo ty rolujesz innych, albo rolują ciebie.
Oczywiście człowiek nie ma do wyboru tylko tych dwóch opcji, czyli rolowania innych albo pozwalanie na rolowanie siebie. Można jeszcze wybrać opcję, że jestem w porządku w stosunku do siebie i innych. Trzeba tylko pamiętać, że na emigracji rzadko się opłaca być w porządku w stosunku do innych. Można wtedy całkiem nieźle oberwać po czułej części ciała. Ale trzeba też nieustannie pamiętać, że bycie sobą, niezależnie gdzie, kosztuje tak, jak kawałek chleba czy smakowity kęs kiełbasy. Kto tego nie rozumie, dołącza mimowolnie do klubu skurwieli, których ani na emigracji, ani w kraju nie brakuje.
Jak wiecie, ostatnio miałem problemy z dostępem do Internetu. Starałem się przez ten czas, jak mogłem, żeby ten dostęp mieć. Pożyczyłem koledze pieniądze, żeby opłacił zaległe rachunki. Kolega jednak nie miał czasu, żeby sprawą się zająć. Zabrałem się zatem za załatwienie sprawy z dorosłym niepełnosprawnym synem kolegi. Chłopak ma już ponad dwadzieścia lat i przez dwa tygodnie jeździł ze mną po biurach, żeby odkręcić to, co inni pokręcili. Chyba tylko jemu, poza mną, zależało, żeby ten Internet znów mieć.
„Po drodze” napotykaliśmy na coraz to nowe niespodzianki – a to zadłużenie okazało się dużo wyższe, niż sądziliśmy i oficjalnie wiedzieliśmy; a to, że firma nie włączy nam Internetu, dopóki całe zadłużenie nie zostanie spłacone; a to, że kolega nie ureguluje takiej kwoty, ponieważ nie ma kasy, a poza tym, to go oszukano, bo miało być inaczej, a jest zupełnie inaczej… I pewnie byłoby inaczej, byłoby wszystko w porządku, dyby rachunki były na czas płacone.
„Po drodze” wpadłem też na pomysł, że poproszę znajomych z sąsiedztwa, aby udostępnili mi odpłatnie kod do ruthera i będę korzystał z ich przyłącza. Znajomi nie robili problemu. Wpisałem kod, ale kiedy wróciłem do swojej Norki, okazało się, że nie mam zasięgu i sprawa się rypła.
Znów byłem w punkcie wyjścia.
Pomyślałem sobie wtedy, dobra, skoro sygnał do mnie nie dociera, a mam zapisany kod, to mogę nieodpłatnie korzystać z tego połączenia np. na schodach wejściowych do domu znajomych. Jednym z powodów był fakt, żeby im nie zawracać głowy ciągłymi wizytami, ale chodziły mi po głowie i myśli o darmowym dostępie do Internetu, co tutaj, jeśli tylko się da, jest rzeczą nagminną. Pomyślałem, że przecież nic się nie stanie, jeśli na chwilę włączę Internet i wrzucę coś na bloga.
Na szczęście okazało się, że na schodach też nie mam zasięgu.
Obłęd!
Poprosiłem znajomych, żebym u nich skorzystał z Internetu.
Nie chciałem jednak korzystać ciągle z ich uprzejmości i raz „po cichu” skorzystałem z ich łącza z sąsiedniego pokoju, gdzie mieszkają inni moi znajomi.
Jak się czułem?
Nawet nie pytajcie!
Postanowiłem, że żadnego „po cichu” już nie będzie. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, że dopuszczę się jeszcze większej podłości.
Któregoś dnia wróciłem z pracy i w korytarzu zauważyłem pocztę. Przejrzałem czy nie ma czegoś do mnie. Zauważyłem, że jest list do poprzedniej najemczyni mojego lokalu, do Maseraty, o której już pisałem, tytułując ją Fiona. Myślałem wówczas, że tam ma na imię. Później dowiedziałem się, że wcale tak się nie nazywa, tylko tak przezwali ją Polacy. Ci, którzy to zrobili, powinni uważnie popatrzeć w lustro i pomyśleć, jakie przydomki można by im przypisać. A można, wierzcie mi!
Ale, wracając do listu. Nadawcą byłą firma świadcząca usługi telewizyjne i internetowe. Pomyślałem, że pewnie Maserata nie opłaciła jakichś tam rachunków i wyjechała w siną dal. To tutaj normalne. W mieszkaniu natomiast znalazłem działający ruther tej właśnie firmy, której nazwa widniała na kopercie. Ruther był z kodem dostępu.
Super, pomyślałem, otworzę list, dowiem się, ile Maserata wisi tej firmie kasy, zapłacę zaległości i będę mógł korzystać z Internetu w oparciu o umowę przez nią podpisaną.
No i otworzyłem list!
Otworzyłem list adresowany do kogoś innego!
Zrobiłem coś, o czym w Polsce nawet bym nie pomyślał.
Okazało się, że Maserata nie zapłaciła rachunku, jak najbardziej, ale za telewizję, a nie Internet.
Poczułem się fatalnie. Porwałem list i wrzuciłem do kosza. Później chciałem go posklejać i odesłać do nadawcy. Prawda, że idiotyczny pomysł! Zrezygnowałem z niego, ponieważ pomyślałem, że to będzie jeszcze głupsze niż naruszenie prywatności korespondencji, której się właśnie dopuściłem.
Byłem na siebie zły!
Byłem też zrozpaczony. Nie widziałem bowiem możliwości załatwienia sobie dostępu do Internetu.
W końcu wybrałem drogę najprostszą z prostych. Poszedłem do niepełnosprawnego syna kolegi (mamy wspólne wejście do naszych lokali) i powiedziałem, żeby się ubierał, ponieważ jedziemy do Centrum załatwić sprawę Internetu.
Chłopak ma wodogłowie. Nie wierzył, że załatwimy tę sprawę.
Pojechaliśmy do Centrum, weszliśmy do biura firmy świadczącej usługi internetowe i podpisałem z tą firmą umowę.
Następnego dnia miałem dostęp do Internetu. Miałem też okazje popatrzeć na radość niepełnosprawnego chłopaka, dla którego korzystanie z Internetu jest jedyną rozrywką po powrocie ze szkoły (odpowiednik polskich Warsztatów Terapii Zajęciowej).
Dzisiaj pytam siebie, po co było tyle kręcenia? Po co były te myśli o korzystaniu z cudzego łącza „po cichu”? po co było naruszanie prywatności cudzej korespondencji? Po co to wszystko było?
Przecież rozwiązanie było w zasięgu ręki i było takie proste, że nawet Shrek wpadłby na jego trop. Fakt, że początkowo nie chciałem wiązać się w tym kraju żadną umową z firmami. Stało się jednak już inaczej. Jestem już związany na szczeblu rządowym, no i teraz z firmą prywatną. To zapowiada dłuższy, niż myślałem, pobyt w tym kraju. Pisałem już o tym wcześniej.
No i teraz wstydzę się tych swoich emigracyjnych zagrań. Wstydzę się pewnych myśli i zachowań. Nie pocieszam się tym, że tutaj to normalne, jak oddychanie.
Nauczyłem się też przy tym, że nieustannie trzeba o siebie walczyć, nieważne gdzie jesteśmy i z kim przestajemy!
PS
Dostałem dzisiaj kartkę świąteczną od syna i opłatek z Polski. Nie wiedziałem, że takie sprawy mnie ruszają. A jednak!
Wiem, że im bliżej świąt, tym częściej będę wracał to tematu samotności, bo, muszę przyznać, dość mocno doskwiera mi tutaj samotność.
Do tematu wrócę.
 A teraz wiem, że nie wolno mi wstydzić się w nieskończoność. Trzeba wyciągnąć wnioski i żyć dalej! Żyć najlepiej, jak się potrafi i być w porządku wobec siebie i innych ludzi!
 Bywajcie, nie wiem do kiedy. Jeśli mi sił wystarczy, to może do jutra, a jeśli nie, to za jakiś czas!


11 grudnia 2016

Polish always the best

Powoli rozgryzam tę Anglię. Powoli wgryzam się w Anglię, smakując tutejszych wielokulturowych specjałów i obcując na co dzień z ludźmi różnych ras, kultur, wyznań i poglądów. Najwięcej doświadczeń mam jednak, siłą rzeczy, z obcowania z moimi rodakami.
Wiele mam do opowiedzenia i będę robił to sukcesywnie. Dzisiaj natomiast chciałbym się skupić na jednej kwestii, która ostatnio rzuciła mi się w oczy i której bywałem i jestem świadkiem oraz uczestnikiem.
Ostatnio w moim zakładzie pracy pojawili się Rumunii, których Polacy nie lubią albo wręcz nie znoszą. Uważają ich bowiem za bardziej niż złych pracowników. Ale ni tylko. Myślę, że wielu Polaków nie lubi Cyganów czy Rumunów tylko dlatego, że są Cyganami albo Rumunami.
Faktem jest, że gdy Cyganie (różnej narodowości) rozmawiają ze sobą, zupełnie zapominają o pracy, zapominają wręcz o całym świecie. Kiedy zatem Rumunii zaczną ze sobą w pracy rozmawiać, najzwyczajniej nie pracują, tylko oddają się gadaniu całkowicie, co bardzo irytuje moich rodaków, ale nie zauważyłem, żeby tak działali na pracodawców czy przełożonych Anglików.
Trzeba przyznać, że Polacy wypracowali sobie w Anglii miano ludzi pracowitych (nie tylko) i narzucili samym sobie wysokie standardy pracy dotyczące dyscypliny pracy i efektywności. Nigdzie Polacy się tak nie napracują w Anglii, jak tam, gdzie przełożonymi Polaków są właśnie Polacy. Sami sobie narzuciliśmy nakaz milczenia w pracy (różnie bywa z tym milczeniem) i skupianie się tylko na wykonywanej czynności, którą trzeba zrobić precyzyjnie i jak najszybciej (nawet jeśli nie trzeba). Kto nie wytrzymuje tempa albo podpadnie (a podpaść jest bardzo łatwo), wypada z obiegu. Nikt za takim delikwentem się nie wstawi. Pozostali nawet się nie obejrzą za nieszczęśnikiem, żeby nie pomyślano, że mają z nim coś wspólnego.
Im więcej w danym zakładzie Anglików i przedstawicieli innych nacji, tym atmosfera luźniejsza, tempo wykonywanej pracy wolniejsze, a efekty (o dziwo) porównywalne z tymi wypracowanymi w atmosferze zastraszenia i pośpiechu.
A zatem Polacy tutaj nie lubią Cyganów i Rumunów za ich rzekome lenistwo i brak dyscypliny w pracy.
Ostatnio głośno powiedziałem, że Rumunii czy Cyganie, tak jak my – Polacy, przyjechali tu szukać pracy i lepszych perspektyw. Nie powinniśmy im tego zabraniać ani im zazdrościć pracy. Zwłaszcza, że to nie my ich zatrudniamy i płacimy za ich niby kiepskiej jakości pracę.
Kilka osób przyznało mi rację. Większość jednak ubawił do łez humor jednego z moich znajomych, że pracodawca ściągnął tu dlatego Rumunów, gdyż chce poszerzyć asfaltową drogę dojazdową do zakładu pracy.
Nie było to ani śmieszne, ani na miejscu. Większość jednak się śmiała, co było oznaką, że podziela zdanie mówiącego.
Z piątku na sobotę pracowałem z Rumunami (nie tylko ja). Zamieniliśmy kilka słów po angielsku. Wymieniliśmy uprzejmości. Uśmiechaliśmy się do siebie. Chyba jako jedyny Polak mam z nimi dobry kontakt, co z pewnością miru u moich ziomków mi nie przysporzyło.
Pracowała ostatnio obok mnie młoda Rumunka. Czułem zapach przepalonego oleju. Przypominał mi zapach oleju używanego ponad miarę do smażenia frytek. Jakby zbyt długo przebywała w pomieszczeniu, gdzie na starym oleju przyrządzano potrawy. Przyznaję, że drażnił mnie ten zapach. Drażniło mnie też to, że dziewczyna praktycznie nie pracowała, gdyż wykonywała swoją pracę tak wolno, że jeden z Polaków wciąż pytał, gdzie tacy ludzie się rodzą. Siłą rzeczy musiałem wykonywać za nią część wspólnej pracy. Gdybym bowiem pozwolił sobie na pracę w jej tempie, od jutra najprawdopodobniej szukałbym nowego zajęcia.
Po jakimś czasie wytłumaczyłem sobie przykry zapach i lenistwo czy też może zmęczenie dziewczyny. Nie jest łatwo pracować na nocną zmianę, zwłaszcza gdy w ciągu dnia być może nie można odespać przepracowanej nocy. Wiem z opowieści, że ci młodzi ludzie mieszkają w nieciekawych warunkach. Gnieżdżą się po kilka osób w pokoju. Wzruszyły mnie też ich ubogie i wysłużone ubrania.
Po jakimś czasie życzyłem im w duchu, aby pracowali jak najdłużej i mogli sobie pozwolić na odrobinę przyziemnego luksusu.
Co mnie już od jakieś czasu uderza w Rumunach czy Cyganach. Nie zapijają i nie tracą przez to pracy. Znam wielu Polaków, którzy po każdej wypłacie zaliczają absencję w pracy. Myślę, że pracodawcy już wiedzą, że w sobotę, a czasem i w piątek (przelewy są realizowane nocą z czwartku na piątek) część Polaków może nie pojawić się w pracy.
Zauważyłem też, że Rumunii (i Cyganie) trzymają się w pracy razem. Widać to podczas przerw w pracy, ale i podczas wszystkich rozmów, nawet w trakcie pracy.
Polacy natomiast przy pierwszej lepszej okazji dzielą się na grupy i rywalizują ze sobą. Nierzadko są nastawieni do siebie wrogo.
Rumunii stawiają się do pracy o ustalonej godzinie. Polakom często zdarza się w ostatniej chwili zachorować albo coś tam innego. Wszystko, żeby tylko do pracy nie przyjść.
Rumunii nie wyrażają głośno niechęci do pracodawców, nie narzekają na stawki płacowe ani warunki pracy. Za to Polacy mają ciągle o coś tam pretensje.
Jak by nie patrzeć, Rumunii i Cyganie są dla angielskich pracodawców ze wszech miar bardziej atrakcyjni niż wielu Polaków. Z reguły też Rumunii mówią od nas lepiej po angielsku. W każdej grupie znajduje się osoba, która rozumie po angielsku i wiedzą tą służy całej grupie.
Polacy znający dobrze język angielski marzą o szybkim awansiku, żeby następnie gnębić Polaków. Wszędzie, gdzie tutaj pracowałem, polscy przełożeni mieli u Polaków jak najgorsze notowania.
W jednym z zakładów, gdzie pracowałem, dwóch Rumunów zwolniło się wcześniej, żeby załatwić jakieś sprawy. Nie wiedziała o tym reszta grupy. Gdy w pewnym momencie ci dwaj zaczęli wychodzić z hali, cała grupa ruszyła za nimi. Ich przełożony był w szou. Nie wiedział, co się dzieje. Dopiero po wyjaśnieniach swoich dwóch Ziomaki reszta wróciła do pracy.
Kiedy ich zapytano, dlaczego chcieli wyjść, wyszło na to, że razem do pracy przychodzą i razem z niej wychodzą. Jeśli zwalnia się jednego z nich to tak, jakby zwolnić wszystkich.
O takiej solidarności Polacy mogą co najwyżej pomarzyć. Kiedy Polaka wyrzuca się tutaj z pracy albo beszta bez żadnego problemu, reszta patrzy w ziemię, żeby tylko nie skojarzono ich ze „skazanym”.
Gdy pracowałem przez pewien czas w temperaturze około 5°C, a przełożony zapomniał o tym, żeby dostarczyć mi rękawiczki. Swoje zapasowe rękawiczki oddał mi Rom. Nawet nie zdążyłem dowiedzieć się, jak miał na imię. Przez dwa czy trzy dni, gdy pracowaliśmy razem na tym samym dziale, dążyłem tylko mu podziękować i zamienić z nim zamienić kilka słów. Nie wiem też, jakiej był narodowości.
Gdy w obecnej pracy, w pewnym momencie nie radziłem sobie z nawałem roboty, z pomocą przyszli mi Węgrzy (jest ich tylko trzech), choć Polaków wokół była chmara.
Poza mną Polacy również i Węgrów uważają za kiepskich pracowników i izoluje się ich, jak tylko można.
Mam nieco inne zdanie na ten temat i często z Węgrami rozmawiam. Często też żartujemy i uczymy się nawzajem poszczególnych słówek z naszych ojczystych języków, żeby choć trochę zniwelować skutki z czasów budowy wieży Babel.
Nikt też z moich rodaków zdaje się nie pamiętać przysłowia, że Polak i Węgier…
Polacy też twierdzą, że Anglicy to lenie. Natomiast Cyganie, Rumunii czy Węgrzy donoszą Anglikom na Polaków. Nikt nie chce pamiętać, że to właśnie Polacy głośno, po chamsku i bezceremonialnie obrażają Anglików, którzy przecież rozumieją niektóre polskie zwroty. Jak już wspomniałem, jesteśmy najgłośniejszą nacją wśród pracowników i najbardziej narzekającą na pracodawców czy też warunki pracy i płacy. Jak dobrze pracujemy, tak równie dobrze i wytrwale dążymy do tego, aby inni mieli o nas jak najgorsze zdanie.
Oczywiście nie dotyczy to wszystkich Polaków, ale wyjątki potwierdzają tylko regułę.
Zatem w pracy czuję się bardziej Rumunem czy Węgrem, a poza pracą Pakistańczykiem, Hindusem czy Romem niż Polakiem.
Wiem jednak przy tym, że Polacy i tak zawsze są tutaj najlepsi! 
Czy zawsze tacy byliśmy?! 
Skoro tak, to co tutaj robimy?!


10 grudnia 2016

Trochę marudzenia

Napisałem dzisiaj odręcznie tekst posta, ale ponieważ robiłem to po nieprzespanej (przepracowanej) nocy i nieprzespanym dniu, zatem nie będę go dzisiaj publikował.
Ponieważ do pracy idę dopiero w poniedziałek wieczorem, jutro spokojnie siądę do redakcji tekstu i opublikuję go na blogu.
Dzisiaj mam wolną noc. Otrzymałem taką odo wiadomość od Vinnie’go, czyli mojego bossa: No night shift tonight. You heve a night off, go get drunk. (I jakaś tam buźka)
Odpisałem szefowi, że dziękuję, że alkoholu nie piję, ale napije się jakiegoś soku i życzyłem mu miłego wieczoru.
Wiadomość ta może być poniekąd preludium do mojego jutrzejszego posta, gdyż Anglicy mają o Polakach takie zdanie, ze zbyt często i za dużo piją alkoholu!
No i jeszcze na koniec, a później idę spać. Jak widać na poniższym zdjęciu, w Anglii nauczyciele nie wmawiają dzieciom, że marchew jest czerwona. Czerwona jest, i owszem, ale czy tylko czerwona?


To kolejny przykład na to, że znany nam dotychczas świat odchodzi bezpowrotnie do lamusa dziejów!

7 grudnia 2016

Czasami tak bywa

Czuję się jak sztubak, który powinien wytłumaczyć swoją kolejną absencję na blogu i obiecać, że to już ostatni raz.
Związałem się z Anglią umową z firmą dostarczającą Internet. Miałem już dość zależności w tym zakresie od innych ludzi. A to ktoś krzywo patrzył, że korzystałem z Internetu, a to znowu ktoś nie płacił rachunków i Internet wyłączono. I tak można wyliczać w kółko. W końcu powiedziałem sobie dość! Udałem się do siedziby jednej z firm i podpisałem umowę. Teraz mam swój Internet i ode mnie tylko zależy czy mieć go będę.
Zatem nie powinno być już niespodziewanego „milczenia” na blogu. Nie będzie też jednak szału w ilości wpisów, gdyż nocny system pracy dość poważnie ogranicza mnie czasowo i najzwyczajniej w świecie nie mam czasu na swoje ulubione zajęcia.
Muszę przyznać, że dość dużo wydarzyło się w czasie mojego „sieciowego milczenia”. Zetknąłem się w tym czasie pośrednio z islamem. Zauważyłem, że w pobliżu mojego nowego miejsca zamieszkania znajduje się niewielki meczet. Dowiedziałem się też, że właściciel mieszkania, w którym obecnie przebywam, jest praktykującym muzułmaninem. To oczywiście nie wszystko, tylko początek. Teraz pora to powoli opisywać. Jednak dzisiaj chciałbym Wam przedstawić wpis sprzed iluś tam dni. Nie będę w nim nic zmieniał, choć od czasu, gdy go pisałem, zmieniło się wiele. Niewiele też udało mi się zrealizować ówczesnych postanowień, co wcale nie oznacza, że o nich zapomniałem.
Zdaję mi się, że coraz bardziej dojrzewam do zrozumienia faktu, iż wszystko, co ważne w życiu człowieka, ma swój odpowiedni czas. Przyjdzie zatem też i czas na realizację postanowień.
A oto ten poniekąd historyczny już tekst.
*
Główny bohater przywoływanego już przez mnie filmu Wszystko za życie w pewnym momencie, gdy zdecydował się opuścić rodzinny dom, dotychczasowe życie i zostać Super Trampem, powiedział: Zamiast miłości, zamiast pieniędzy, sławy i sprawiedliwości, obdarz mnie prawdą.
Chyba już to pisałem, ale nawet jeśli, to warto do tych słów wracać, choćby dlatego, że nawiązują do słynnego biblijnego pytania o prawdę.
Osobiście przyznaję, że nie wiem, co to jest prawda. Znam słowa o drodze, prawdzie i życiu. Wiem też, że prawda o nas samych i innych objawia się często niespodziewanie i jest równie często bardzo bolesna.
Bolesna bywa prawda dotycząca naszych idoli, osób nam bliskich i nas samych. Często staramy się ukryć przykrą prawdę przed światem, a nierzadko bywa tak, że nie dopuszczamy do swojej świadomości myśli o niej. Wypieramy ją setkami argumentów, zajmujemy się czymś innym, żeby tylko nie uświadomić sobie oczywistego faktu – prawdy.
Przyznaję, że jadę na oparach i rozglądam się uważnie po drodze, gdzie by można zatankować nadziei na jakąś dłuższą chwilę.
Od miesiąca wspomagam się różnymi energetykami, żeby tylko nosem nie skosztować prochu drogi, którą właśnie przemierzam. Dzisiaj w pracy zasnąłem. To był moment, chwila zapomnienia, odrobina nieświadomości… Nikt tego nie zauważył, ale mnie zapaliło się żółte światło, po którym mogło być bardziej czerwono niż w dzielnicach uciechy i rozkoszy.
Trzeba zatem zrobić rozrachunek i podjąć decyzję, co dalej. Na pewno trzeba skończyć z różnej maści wspomagaczami w postaci napojów energetycznych.
Dzisiaj postanowiłem też sobie, że będę uczył się drzemać. Tak, powiedzmy, godzinka drzemki co jakiś czas. Cztery takie drzemki na dobę. Myślę, że cztery, sześć godzin takiego odpoczynku w zupełności mi wystarczy i będę całkiem dobrze funkcjonował.
Postanowiłem też, że najwyższy czas powiedzieć nikotynowemu nałogowi: Goodbye forever! Jak już się uczyć języka, to nawet przy pożegnaniach z nałogami!
Tutaj jednak nie spieszę się, gdyż wiem, że nie wszystko od razu da się zrobić. Ten błąd popełniłem, zanim zasnąłem w pracy. Chciałem zbyt szybko zrealizować pewne plany. Grzałem więc na skróty, aż się kurzyło. I siedzę teraz nieźle otumaniony przez zmęczenie. Zbieram myśli do kupy, wytężając resztkę sił jak skazaniec w kamieniołomach albo historyczny galernik.
Dociera w końcu do mnie prawda, że tak się nie da i najwyższy czas poukładać sprawy do załatwienia, plany czy marzenia w jakiejś sensownej kolejności do realizacji. No a później krok po kroku realizować to, co zostało zaplanowane, ale beż żadnego pośpiechu czy skracania drogi.
Nie ukrywam też, że jestem trochę rozbity. Nie wszystko ułożyło się tak, jak chciałem. Bliska mi osoba będzie za chwilę oddychać polskim powietrzem, a ja zostanę tutaj bardziej samotny niż byłem dotychczas. Lepiłem nowe tymczasowe gniazdo dla dwóch osób, a teraz trzeba się oswoić z myślą, że przez jakiś czas ściany będą moim towarzyszem w zmaganiu z codziennością.
Mam nadzieję i pocieszam się myślą, że to tylko na jakiś czas. Nie zarzucam zatem absolutnie myśli o ulepszaniu norki. Przeciwnie – będę jeszcze więcej robił w tym zakresie, żeby wszystko było gotowe na ewentualny powrót drugiej osoby.
Ile będzie trwała rozłąka? Nie wiem!
Jak długo zostanę tutaj sam? Nie wiem!
Wiem tylko, że muszę sobie teraz narzucić dyscyplinę codziennego pisania, gdyż przez miesiące tutaj spędzone nie miałem pu temu warunków. Teraz muszę wykorzystać szansę. Mam zatem zamiar wypełnić swoją samotność tak bardzo, jak tylko się da.
Dociera też do mnie prawda, że utknąłem tutaj na dłużej, niż planowałem. Nie wszystko poszło zgodnie z wcześniejszymi planami. Pisałem już o tym. Dlatego trzeba będzie dać sobie dodatkowy czas na realizację planów. W szkole życia tak bywa, że nie dajemy rady przetrawić zaplanowanego na daną godzinę lekcyjną materiału. A jeśli tak, to o przerwie można co najwyżej pomarzyć.
No i tyle! Na więcej nie stać mojego otępiałego w tej chwili umysłu.
A, jeszcze chwila. Nie wiem, kiedy ten tekst wrzucę na bloga, ponieważ kolega zapomniał opłacić rachunek za Internet i dzisiaj ruszamy, żeby sprawę załatwić.
Poza tym kupiłem sobie jakiś czas temu 1000 krzyżówek, które rozwiązuję, gdy chcę chwilę odpocząć. W tej chwili mam za sobą 425 krzyżówek. Na ile wystarczy mi tych pozostałych 575? Zobaczymy. Rozwiązując krzyżówki, napotykam czasami w ich rozwiązaniach – hasłach ciekawe myśli. Trzy z nich podaję poniżej:

Różnymi drogami dążymy do celu.
Jerzy Leszczyński.
Trzeba siać i po marnym zbiorze.
Przysłowie łacińskie.
Wytrwałość jest córką siły.
Marie von Ebner Eschenbach.

Będzie czas, żeby jeszcze do tematu wrócić!
Tymczasem, bywajcie! 

Jeszcze się nie poddałem! 


18 listopada 2016

Idź tam...

W środę rano wracałem z pracy po nocnej zmianie i w pewnym momencie w zielonej jeszcze gęstwinie drzewa usłyszałem takie ptasie trele, jakby to jeszcze lato w najlepsze panowało, a nie ponura jesień i przednówek zimy.
Jakiś czas temu byłem w polskim biurze i zabrałem ze sobą (były wyłożone do wzięcia) jeden z numerów „Roty”, pisma patriotycznego wydawanego przez Stowarzyszenie Patriotyczno-Historyczne Militia Regini Poloniae. Pismo leżało kilka dni w domu, aż w końcu zacząłem je czytać i na samym początku natknąłem się na takie tekst pod tytułem Idź tam, gdzie wzywa cię Maryja.
Autor tekstu stwierdza, że Maryja chce przede wszystkim pokrzepiać swoje dzieci. Dlatego zwraca się zazwyczaj do najbardziej „obitych”, „poturbowanych”, zranionych i doświadczonych przez los.
Po przeczytaniu tych słów pomyślałem, że ja też należę do tych nieźle przez los „obitych”, „poturbowanych”, zranionych i doświadczonych. Tak to przynajmniej wewnętrznie odbieram i czuję. Zdaje sobie jednak przy tym sprawę, że moje problemy i zmagania z codziennymi zrządzeniami losu mogą dla wielu wydawać się wręcz śmieszne.
Wiem, ze wielu ludzi zmaga się z problemami, o których nawet nie myślę, a jeśli takich ludzi spotykam na swojej drodze, to włos mi się jeży na głowie i zastanawiam się, jak oni to wszystko ogarniają i dają radę dźwigać.
Chylę przed takimi ludźmi głowę i modlę się o siłę dla nich, a przy okazji proszę o siłę i wytrwałość dla siebie.
Autor wspomnianego tekstu pisze następnie, że Maryja jako Matka Niepokalana każdemu swojemu dziecku ofiarowuje pięć kluczy:
1.      przyjaźni z Jezusem
2.      ufności w Jego nieskończoną miłość i Miłosierdzie (nie wiem, dlaczego „miłość” autor napisał z małej, a „Miłosierdzie” z dużej litery)
3.      poczucia własnej wartości
4.      poczucia własnej misji do spełnienia, którą mogę tylko ja wypełnić
5.      wewnętrzną wolność i wspaniałe zachowanie, kierujące się zasadami savoir-vivre, rycerskości, o której mawiał św. Maksymilian Kolbe.
Posiadając te pięć przymiotów, możemy z radością iść przez świat… stwierdza autor tekstu.
Pomyślałem, że cudownie byłoby żyć wśród ludzi wcielających w życie takie dary charakteru i wiary.
Znów przypominają mi się tutaj ewangeliczne słowa Mistrza: Królestwo moje nie jest z tego świata... i sprowadzają mnie skutecznie do nizin ziemskiej ludzkiej rzeczywistości. Ten świat nie będzie się kręcił według ewangelicznych zasad, gdyż jego władcy zależy na czymś zupełnie odwrotnym.
Mimo to wiem, że warto i trzeba toczyć nieustanną wewnętrzną walkę o siebie. Nikt za mnie tego nie zrobi. Nikt za nikogo tego nie zrobi. Każdy musi to zrobić, robić sam. Ja czynie to w miarę moich sił i możliwości duchowych.
Lektura tekstu zbiegła się w czasie z pomysłem opisania dziejów jednego różańca, który znalazłem w Nottingham wśród śmieci. Różaniec był uszkodzony i niepełny. Naprawiałem go przez jakiś czas, szukając najlepszego pomysłu na tę naprawę. W pewnym momencie o mało go nie straciłem i nie został zniszczony. Jednak udało się wreszcie dzieło dokończyć. Jak wyszło, pokażę Wam w jednym z kolejnych wpisów na blogu.
Czasami w moim życiu dziwnie splatają się wydarzenia. Sądzę, że każdy choć raz to odczuł. Ja w takich chwilach myślę, że wszystko wokół mnie toczy się według jakiegoś ustalonego już planu. Dobrego planu. Wystarczy tylko dużo siły i samodyscypliny, żeby tegoż planu nie zmieniać swoim postępowaniem, nie psuć świetnie napisanego scenariusza swojego życia. Wystarczy tylko wiara jak ziarnko gorczycy i wszystko ułoży się do dobrą dla nas całość.
Piszę te słowa przed kolejną nieprzespaną nocą. Za dwie godziny i osiem minut rozpoczynam swoją kolejną nocną zmianę. To kolejny krok na drodze do wyznaczonych wcześniej ziemskich celów małego człowieka. A skoro człowiek mały, to i cele straszliwie przyziemne.
Ale wracając jeszcze do wspomnianego tekstu o „obitych”, „poturbowanych”, zranionych i doświadczonych przez los, to muszę tutaj stwierdzić, że najbardziej bolesny dla mnie jest fakt, że nie mogę pomóc osobie, którą kocham bardziej nawet niż siebie.
To mnie tak rozbija, że nie tylko nie mogę zebrać myśli, ale często nie potrafię się ruszyć z miejsca, nie potrafię poruszyć małym palcem u ręki. Jakby jakiś paraliż mnie dotykał i trwam wówczas w dziwnym odrętwieniu, nie widząc nic i nie mając żadnego pomysłu, co zrobić.
Święty Augustyn napisał: Kochaj i rób , co chcesz! Od czasu, kiedy pierwszy raz przeczytałem tę myśl, nie mogę się nadziwić ile treści można zawrzeć w kilku słowach. Ale to jest możliwe, jeśli idzie o Miłość prawdziwą, a tym bardziej możliwe, kiedy o takiej właśnie Miłości mówi osoba, która zaznała bólu upadku.
Być może za mało, za słabo, niedoskonale kocham, skoro moja miłość nie potrafi zerwać więzów krępujących ukochaną osobę.
Iść tam, gdzie wzywa Maryja?
Próbuję, ale widać i w tym jestem zbyt niedoskonały, aby osiągnąć to, czego pragnę. Nie dla siebie. Mnie naprawdę niewiele potrzeba – wystarczy świadomość, że ci, których kocham są zdrowi i spokojnie żyją, a przy tym uśmiechają się radośnie.
Tak już jesteśmy skonstruowani, że jeśli sami nie chcemy sobie pomóc, to na nic wysiłki innych, nawet tych, którzy życie swoje za nas by oddali.
Ksiądz Kapelan „Roty” kończy swój tekst słowami:
Pamiętaj, drogi Pielgrzymie, kochany czcicielu Matki Najświętszej – z Niepokalaną przy Tobie i w Twoim sercu nigdy nie przegrasz. Dlatego powtarzaj Jej słodkie „Totus Tuus – cały Twój”!
Dlaczego zatem nie opuszcza mnie poczucie przegranej?
Czyżbym był aż tak ślepy, że nie widzę czegoś, co znaczy zupełnie co innego, niż ja myślę?
Naprawdę nie wiem, ale idę tam, gdzie…
Nigdy nie wyzbędę się marzeń o szczęściu tych, których kocham. I nieważne ile razy jeszcze dostane baty w drodze przez to życie!
Trochę dalej mi do szczerego uśmiechu,
niż wcześniej myślałem!  

 Czas i Miłość wszystko ułożą w całość!

SATANISTA – ALKOHOLIK – czy ANIOŁ?

  Nie o Boyu Żeleńskim będzie to wpis, ale o Przybyszewskim Stanisławie, którego Boy znał osobiście. Muszę też od razu napisać, że o ile bar...