11 czerwca 2016

Życie codziennie piękne

Będzie o życiu codziennym i ostatniej Wielkanocy.
Moja pamięć ulotną jest jak lata ludzkie.
Na szczęście zapisuję sobie niektóre sprawy i później mogę do nich wrócić, żeby je światu przedstawić, choć po co, zaiste, nie wiem!
Ale do rzeczy.
*
Jakiś czas temu.
Panie Marku, a wie pan, że mój kolega powiedział, że ukradłem dzisiaj (coś tam, nie pamiętam), zagadnął mnie chłopiec na rowerku, kiedy zaparkowałem przy jednym ze sklepów w małej gminie.
Chłopiec miał siedem, może osiem lat. Z pewnością bywalec jednej z pierwszych klas szkoły podstawowej.
Dlaczego to zrobił? Zapytałem bez namysłu.
Nie wiem! Odpowiedział malec i dodał: Ale ja nic nie ukradłem! O mało przez niego nie dostałem zakazu jeżdżenia na basen.
Chłopiec na rowerku zdawał się mówić prawdę, a ja nie wiedziałem, co powiedzieć. W końcu stwierdziłem: To nie był twój kolega, ponieważ koledzy tak nie robią.
Chłopiec patrzył na mnie przez chwilę i myślał. Po dłuższym zastanowieniu powiedział: Tak, to nie jest mój kolega. Ale wie pan, ja będę jeździł na basen, tak powiedziała moja pani. Ja nic nie ukradłem! Krzyknął jeszcze i odjechał na sowim rowerku.
Stałem przez chwilę przy samochodzie i myślałem, że już od dzieciństwa karmieni jesteśmy oskarżaniem innych, nie widząc belki w oku swoim!
Tak samo jest w świecie dorosłych – jedni bezpodstawnie oskarżają i mają się całkiem dobrze; drudzy, oskarżeni przeżywają to, co im się przypisuje i już tak dobrze, jak ci pierwsi, się wcale nie mają.
*
Ten sam dzień. Kilka godzin później.
Zajeżdżam po mojego syna do szkoły. Podchodzi do mnie pan R. i mówi: Panie Marku, gdzie się pan podziewa? Brakuje nam pana!
Kryję się w swoim Ustroniu, żeby nie narzucać się ludziom, odpowiadam. Za jakiś czas planuję też stąd wyjechać, żeby odetchnąć innym powietrzem.
To już nie jest to samo! Mówi pan R.
W tym czasie syn wsiada do samochodu.
Ktoś przecież chciał zmian, ale dziękuję za dobre słowo, panie R., mówię. Zobaczymy za jakiś czas, co będzie. Teraz jest, jak jest i jest dobrze, bo najwidoczniej tak być powinno!
Żegnamy się.
*
Ten sam dzień. Znów kilka godzin później.
Odbieram syna z treningu.
Jest z nami moja żona.
Podwożę ich na zakupy.
Na parkingu podchodzi do mnie pan Jerzy, z którym jestem po imieniu.
Gdzie się podziewasz? Pyta i dodaje: Wcale cię nie widać!
Robię swoje, odpowiadam. Co mam się ludziom narzucać? Pytam retorycznie i wyjaśniam dalej: Zmieniam swoje Ustronie i myślę o wyrwaniu się stąd na jakiś czas. Chcę odetchnąć innym powietrzem, mówię to, co innym.
Powinieneś wrócić, mówi mi Jerzy.
Nie wiem, odpowiadam. Nie wiem czy chcę to jeszcze raz przeżywać.
Powinieneś wrócić, powtarza Jerzy, patrząc na chmury.
Żegnamy się, kiedy żona z synem zbliżają się do nas.
*
Kolejny dzień tygodnia.
Spotykam znajomego J.
Co porabiasz? Pyta.
Robię coś tam w sowim Ustroniu, odpowiadam, jak zwykłem ostatnio odpowiadać wszystkim. Przygotowuję się też do dłuższego zniknięcia, żeby trochę odpocząć od tego miejsca, dodaję. A co u ciebie? Pytam.
Powolutku, odpowiada znajomy i ciągnie dalej: Gdyby nasi sprzymierzeńcy mówili, że Marek powinien wrócić, to puściłbym to mimo uszu. Jednak skoro nawet nasi wczorajsi wrogowie mówią, że dobrze by było, abyś wrócił, to chyba coś w tym jest.
Zastanawia się prze chwilę i pyta: Co o tym sądzisz?
Nie wiem, dopowiadam. Nie wiem, co o tym sądzić. Na razie żyję dniem dzisiejszym i wiem, że chcę się stąd urwać. Zobaczymy, co będzie dalej.
Żegnamy się.
*
Przed Wielkanocą A.D. 2016.

Otwieram skrzynkę pocztową, a tam list z życzeniami świątecznymi od posła na Sejm RP. 

Nie wiem czy poseł jest aż ta bardzo nie w temacie, że nie zauważył zmian na stanowisku wodza w małej gminie. Może jego biuro działa tak, jak działa obecnie nowy wódz w małej gminie, czyli nie działa całkiem, tylko trwa.
A może poseł nie przyjmuje do wiadomości wyników ostatnich wyborów samorządowych i wie, że za lat dwa z kawałkiem karta się odwróci? Może myśli, że nie warto w komputerze zmieniać adresata życzeń.
*
Obecnie.
Nie wiem, co będzie jeszcze.
Nikt nie wie i to jest właśnie piękne. Gdybyśmy bowiem wiedzieli, co nas czeka jutro, to wielu, z pewnością, leżałoby już od dzisiaj krzyżem przy każdym krzyżu przydrożnym; zaś ci, którzy mieliby pewność życia lat kilka czy kilkadziesiąt, bawiliby się z pewnością ponad miarę, wierząc, że jeszcze zdążą wszystko odpokutować.
Kiedy kilkanaście lat temu dowiedziałem się o śmierci znajomej z pracy napisałem piosenkę. Oto jej mały fragment:

Odlatują dni jak bociany,
z jaskółkami lata odchodzą,
idzie jesień,
a my w tej jesieni
wciąż szukamy chwil zapomnianych,
tamte dłonie nas nie ogrzeją,
tamte oczy nie patrzą już na nas…!

Pozdrawiam!


Zabójcy z sąsiedztwa

Herbert kiedyś napisał, że natura jest bezgrzeszna. Zwierzęta bowiem zabijają tylko po to, aby przetrwać. Nie, jak ludzie, dla zysku albo z powodu emocji. Zwierzęta nie mordują. Ich codzienne zabijanie jest wpisane w scenariusz przetrwania gatunku.
Przez kilka tygodni znajdowałem na balkonie wypatroszone ciałka żuczków. To takie owady, które muszą być przysmakiem albo pokarmem dla wron.
Trzeba przyznać, że gdy znajdzie się takiego żuczka w całości, to może on być przysmakiem i dość pokaźnym kąskiem nie tylko dla wron.

Po ociepleniu budynku wrony straciły możliwość budowania gniazd w przewodach wentylacyjnych. Zatem zrobiły sobie gniazda po prostu na dachu i tam wysiadują młode. A młode to głodomory, którym nieustannie trzeba donosić jadła. Kursowały więc stare wrony jak szalone, żeby młode nakarmić, a resztki jedzonka spadały na mój balkon. 

W sumie to nie resztki, tylko odpad, jak na przykład z posiłków człowieka kości ptaków czy zwierząt. 
Co jednak dla jednych jest odpadem czy resztką, dla innych może być przysmakiem i wspaniałym kąskiem! 

Poczałkowo nie wiedziałem, co jest grane. Codziennie znajdowałem śmieci na balkonie, a później te wypatroszone żuczki. W końcu zrozumiałem, że śmieci to były resztki z budowy nowych gniazd, a zjedzone żuczki, to śniadanka, obiadki i kolacje.
Zacząłem więc obserwować zachowanie ptaków. Zacząłem się przyglądać zwłokom żuczków pożartych. W pewnym momencie udało mi się znaleźć resztki takiego żuczka tuż po pożarciu. Jakaż siła życia biła z tych ostatnich podrygów nóżek! Pomyślałem wtedy: Każdy trzyma się życia, jak tylko może! 

Któż wie, co myśli ptak zabijający żuka? Któż wie, co żuk myśli, gdy pożera go ptak? Przyjemne to z pewnością nie jest i delikatne też. To nie pieszczoty, gody, ale proza przetrwania, w której jedni pożerają drugich. 
I wcale nie o myślenie w tym okrutnym spektaklu chodzi, ale o to, by przetrwać.
No jasne, że o to by przetrwać!
Tylko głupi człowiek może mieć co do tego jakieś wątpliwości!
i jeszcze raz o Sile Życia! Przyznacie, jakaż siła życia tkwi w małych ciałach żuków. Chcą tak bardzo żyć nawet wtedy, gdy pozostaje im głowa i kilka odnóży. Wiem, że ktoś powie, to odruch, ale to tylko naukowe podejście.
Przyznacie, że zdjęcia i filmik są dość makabryczne. 
Takie właśnie jest Życie napędzane instynktem! 

A gdzie zdjęcia zabójców z sąsiedztwa? 
Nie ma, ponieważ odlecieli, by łowić kolejne żuki!

Trzymajcie się, Bracia i Siostry!


10 czerwca 2016

Czytam

Tak, zdarza mi się często czytać to i tamto. Nie można przecież tylko pisaniem żyć!
Przewertowałem ostatnio między innymi książkę B. Racławskiego Krytyczne spojrzenie na zasady polskiej ortografii.
Choć jestem polonistą i sprawy tego typu powinny być dla mnie bardziej niż ważne, to stwierdzam z podkreśleniem, że to nieistotna rzecz czy ktoś tam napisze góra przez „ó” albo „u”.
Doszedłem do tego po latach i wiem, że zasady ortograficzne nie mają żadnego wpływu na życie jednostki. To życie realne toczy się według zupełnie innych, niż ortograficzne, zasad.
Zasady ortografii tego czy tamtego języka to kolejny niedoskonały twór człowieka w jego ziemskich dziejach. Są, co najwyżej ramą, która klasyfikuje ludzi na tych, co piszą poprawnie i na językowych błędziarzy.
Dlaczego nie napisałem błędziarzy przez ”ż”?
To tylko kwestia nawyku i czerwonej lampki, która mi się zapala w głowie przy każdym wyrazie z „rz”. „ż”, „ó”, „u” itd.
Nieważne są zasady ortograficzne w życiu upływającym człowieka. Nieważne czy to życie piszemy przez „ż” czy „rz”, a człowieka małą czy wielką literą.
Ważne w tym życiu jest to, żeby iść prostą drogą, nie kluczyć, omijać zaułki, patrzeć spokojnie przed siebie. A meandry ortografii ludziom je przeżywającym raczej tegoż życia nie ułatwiają.
Weźmy dla przykładu mnie i moje życie pokręcone. Wydzwania do mnie Mama. Nie odbieram. Co mam Mamie powiedzieć? Że nie radzę sobie z emocjami? Że ciągle uczę się żyć? Że nie mam do nikogo żadnej najmniejszej pretensji?
I jaki to ma związek z zasadami ortografii języka? Jaki ortografia ma się to tego, żeby BYĆ naprawdę?
Zasady wyznaczają ramy i wyznaczają granicę błędu. Wszyscy niby wiedzą, że nieprzestrzeganie zasad jest błędem. Ale kto powiedział, że same zasady błędem nie są? Zwłaszcza te narzucone jednostce czy grupie!
Dla wielu z pewnością wypisuję tu herezje na temat ortografii.
I zgoda, i niech tak będzie.

Ale może to być też próba krytycznego spojrzenia na właśnie inne krytyczne spojrzenie, jak choćby na krytyczne spojrzenie na zasady polskiej ortografii. Przecież człowiek w swoim umyśle potrafi wszystko przewrócić dokładnie do góry nogami, a później jeszcze bardziej. 
Ortografia to jeden z wielu niedoskonałych tworów
człowieka 

Mądry do mądrego inaczej

Takie tam małe opowiadanie kiedyś mi się zdarzyło napisać. To chyba jeszcze czasy moich studiów.
Zresztą, po co snuć domysły i zmuszać pamięć niedoskonałą do ewentualnych błędów?
Łatwiej być głupim wśród głupców,
niż mądrym wśród mędrków!
MaW

Z głupim i hipokrytą nie masz co walczyć!
Utrudzisz się, napocisz, a głupi i hipokryta, głupim i hipokrytą zostanie!
Przeprowadźmy dowód na powyższą tezę. Otóż głupi nigdy nie stwierdzi, że jest głupi, gdyż jego głupota i umysłowe ubóstwo nie pozwolą mu na to; a nie przyznając się do rzeczywistego stanu umysłu, staje się głupcem, choć wcale nie musi, gdyż już jest głupcem i hipokrytą.
To znaczy, że mądry w przypadku zapytania: Czy jest mądry?, jest niejako zobligowany poprzez swoją mądrość do ewentualnego przyznania się do głupoty, albowiem wychodząc z sokratejskiego zawołania: Wiem, że nic nie wiem!, powinien to uczynić?!
Bynajmniej! Mądry ucieknie się najpierw do Kartezjusza i zawoła w duchu: Cogito, ergo sum!, a zapytany o to czy jest mądry, powinien się niechybnie wspomóc doświadczeniem starożytnych i uciec do zbawiennego w takich przypadkach działania milczenia i czasu, które, przedłużając oczekiwanie pytającego, mogą ewentualnie głupiego zniechęcić i zrezygnuje on z oczekiwania na odpowiedź. W ten sposób mądry poprzez swoje milczenie i zbawienne działanie czasu jeszcze raz udowodni głupiemu, że istotnie milczenie jest złotem.
Ale też w ten sposób mądry uniknie odpowiedzi i da głupiemu margines domysłu, a – jak wiadomo – głupi charakteryzuje się niezwykle bujną wyobraźnią i dopowiedzenie niestworzonych historii w miejsce milczenia mądrego jest bardzo prawdopodobne.
Ależ skąd! Mądry milcząc, nie wprowadza głupiego w błąd, gdyż przyznając się za Sokratesem do tego, że jest głupi, co – jak powiedziano – nakazywałaby jego mądrość, być może minąłby się z prawdą i dopiero dał możliwość popisu nieokiełznanej wyobraźni głupiego. Natomiast milcząc, oddziela prawdę od kłamstwa, wspaniałomyślnie zapobiega wprowadzeniu głupiego w błąd, który i tak już przecież tkwi w błędzie, co do rozumienia własnej osoby i sytuacji; tkwi w takim stanie po same uszy. Nie należy tu wspominać już o tym, że nie jest on absolutnie w stanie ocenić ewentualnej mądrości drugiej osoby.
Tu zaczyna się głębia!
Czyli głupi nigdy nie dowie się, że mądry jest mądry, a głupi jest głupi, gdyż mądry, milcząc, nigdy tego nie powie, a tym bardziej nie udowodni; a mądry inaczej, głosząc swoją mądrość wszem i wobec, nigdy z kajdan mądrości swojej wątpliwej się nie wyswobodzi?
A czy trzeba tu cokolwiek udowadniać? Zresztą, nawet gdyby mądry dowiódł mądremu inaczej, że w istocie jest mądry i przedstawił na to sto tysięcy argumentów nie do zbicia, to i tak dla mądrego inaczej pozostanie nikim innym, jak tylko mądrym... inaczej!
Aaaaaaaa!
Aaaaaaaa!
Ooooooo!
Ooooooo!
Eeeeeeee!
Eeeeeeee!
Miało być mądrze inaczej? Przecież inaczej nie było!
I to właśnie tyle na temat tych jakże przejmujących i bogatych w treść rozmyślań mądrego inaczej z podobnym sobie mądrym!
Każdy ma swoją filozofię:
Ty - swoją mądrość;
Ja - swoją głupotę!


Młoty i przecinaki

Wcale niedawno, wcale niedawno temu ani nie za siedmioma górami. Całkiem wczoraj i tak bardzo blisko, w najbliższym otoczeniu, w naszym realnym świecie, gdzie ptak śpiewa o świcie, gdzie ludzie do siebie się uśmiechają, gdzie rzeki płyną do morza, gdzie człowiek samotny trudzi się srodze na swojej drodze życiowej; właśnie tam i wtedy napotykamy często na młoty i przecinaki.
Taki młot na przykład pieprzy publicznie głupoty, a przecinak w komentarzach bije mu za to brawo!
Młoty i przecinaki doskonale się rozumieją. Idą w zaparte w swojej głupocie. Co tam opinia innych?! W sumie mają rację, bo kto by się tam przejmował przeciętnym człowiekiem, kiedy mnie jest dobrze i tak przez chwilę będzie!
Młoty i przecinaki pewnie boleją nad tym, że dają kolejne plamy, do których się nie przyznają. Potrafią za to dobitnie w swoich wypowiedziach dokopać przeciętnemu, obrazić, sponiewierać. Dla nich to taka norma.
Piszmy o komentarzach, takich poniżej pasa!
Dlaczego złośliwe komentarze, pełne chamstwa, prostactwa, takie bogate w leksykalne ubóstwo, pojawiają się wówczas, gdy dotykam pisaniem wczorajszych krzykaczy, sprawiedliwych na pokaz, udających chorych, rzekomo pokrzywdzonych przez wczorajszego wodza, czyli mnie – uosobienie zła?
Dlaczego przecinaki odzywają się wtedy, gdy uderzam w tych, co się tak bardzo starają na zewnątrz być wybieleni, a wewnątrz są, kim są?
Pewnie nie raz i nie dwa życzą mi przy tym śmierci. Ale moja śmierć przyjdzie w zapisanym mi czasie. Tak samo jak śmierć każdego, bo śmierć jest najpewniejsza ze wszystkich spraw na ziemi, a nasze podrygiwanie w udawaniu życia jest często kiepskim spektaklem na scenie codzienności.
Jeśli przecinak albo młot nie zrozumie kogoś, starającego się zrozumieć drugiego człowieka, nazywa go pseudointelektualistą.
Jeśli przecinak albo młot przeczyta czyjś tekst bez zrozumienia; tekst, który przerasta jego możliwości percepcyjne, wówczas okrasi ten tekst akapitem „gniot”.
Nie umieją słuchać i nie rozumieją tego, co sami piszą, bo gdyby rozumieli, to by się chyba wstydzili.
Sam często bardzo się wstydzę na myśl o swojej głupocie. Na szczęście znam kilka osób, które potrafią to robić i to mnie mocno hamuje, żeby nie szukać sznura i jakieś tam wolnej gałęzi albo belki pod stropem.
Jeśli przecinak albo młot zarzuca komuś pseudointelektualizm, pijaństwo, hipokryzję…, to nie jest nic innego, jak projekcja ich samych na wybrany cel; projekcja ich słabości, kompleksów i pragnień.
Znane jest w psychologii zjawisko projektowania na innych wszystkiego tego, czego projektujący u siebie podświadomie nie toleruje, nienawidzi. Projektowanie tego wszystkiego, czego projektujący podświadomie pragnie. Nie może jednak zrealizować swoich pragnień ze strachu przed społeczną anatemą. Boi się siebie samego i skrzętnie to ukrywa. A dobrą zasłoną w tej grze jest oskarżanie innych i innym przypisywanie wszystkiego, co w projektującym tkwi.
Jeśli mi się dostanie za to, co piszę w rozterce, to będzie tylko przykład, że się nie mijam z prawdą.
Dlatego nie warto przejmować się ani młotami, ani przecinakami. Trzeba robić swoje. A ich pomroczność chroniczną trzeba tolerować. To przecież nic nowego, że słońce wschodzi nad złymi i dobrymi, mądrymi i głupimi.
Napisałem kiedyś miniopowiadanie o tym, jak mądry przemawiał do mądrego inaczej. Wrzucę je w następnym wpisie.
A teraz?
Na razie!
Niektórych chyba nigdy nie polubię,
choć mogę ich pokochać jako nieprzyjaciół swoich
i bliźnich


3 czerwca 2016

Chwila

Wołam z balkonu do Agnieszki: Dzień dobry! I cały czas rozmawiam z mamą prze telefon.
Mówiłam: Dzień dobry! Odpowiada Agnieszka, ale pan rozmawiał przez telefon.
Przepraszam, mówię, nie mogłem skończyć na zawołanie.
Jak się sprzedają książki? Pyta Agnieszka.
Kiepsko! Odpowiadam zgodnie z prawdą, bo sprzedają się rzeczywiście słabo, choć ciągle mam nadzieję być pisarzem i utrzymywać się z pisania. Napisze o tym na blogu, zawołałem.
Patrzyłem, jak odchodziła ze swoim synem.
Zatem dopowiadam. Pięć egzemplarzy sprzedanych to nie jest sukces wydawniczy. Nie zrażam się tym jednak, tylko robię swoje. Wysłałem do wydawnictwa Dziennik praktykującego wójta… i czekam na reakcję!
Czekam na sukces?
Nie!
Patrzę, jak kończy się kolejny dzień w moim życiu i mam nadzieję, że następny będzie mi dany!
Pozdrowienia, Agnieszko!

Szczęścia na tym padole! 

2 czerwca 2016

Ludzie, ratunku!

Ludzie, ratunku! To była pierwsza moja myśl, kiedy dwa dni temu przeczytałem wypowiedź nowego wodza na temat ewentualnej budowy hali gimnastycznej w małej gminie na końcu świata, gdzie świat się właśnie zaczyna.
Każdy przyzna, że była to wypowiedź lakoniczna, ale tak naszpikowana głupotą, że śmiało kwalifikuje się do programu „Anatomia głupoty wg Richarda Hammonda”.
Pomyślałem też, że niektórzy ludzie dotknięci są jakąś chroniczną przypadłością. Każdy zdrowo myślący i na stanowisku publicznym przecież takich głupot nie ujawnia w mediach. A już na pewno nie powinni za pośrednictwem mediów przekazywać takiej prawdy o sobie.
Takie szopki jednak wychodzą, gdy ludzie myślą, że są mądrzy, a nawet najmądrzejsi. Ludzie wokół nich uważają za niedouczonych i takich, których koniecznie trzeba oświecać swoją mądrością.
Z wypowiedzi wodza wynika też jasno pod czyje dyktando dzieją się dzisiaj rządy w małej gminie i to, że wódz może być w tym układzie rządzenia najzwyczajniej słupem.
Zacznę od stwierdzenia o nieaktualności dokumentacji technicznej  hali gimnastycznej. Nie o aktualność dokumentacji tak naprawdę idzie, ale o to, że trzeba wykonać nową dokumentację, która będzie przewidywała halę sportową na miarę i potrzeby małej gminy.
Kiedy byłem wodzem, popełniałem błędy. Jednym z nich było to, że powołałem komisję, która miała opracować koncepcję przyszłej hali gimnastycznej. W komisji znalazł się człowiek sprawiedliwy, znany następnie jako sprawiedliwy radny, a teraz z pewnością budowniczy nowej hali.
Przekonał wszystkich członków komisji, że gminie potrzebna jest pełnowymiarowa hala gimnastyczna z areną 44 na 24 metry. Następnie pomysł ten przeszedł przez radę. Po wykonaniu dokumentacji i przygotowaniu kosztorysu zrozumiałem, że to nie ma sensu. W dodatku przyszłe utrzymanie takiego obiektu generowałby koszty porównywalne z utrzymaniem wszystkich budynków szkolnych w gminie.
Przeprowadzone analizy ekonomiczne w porównaniu z istniejącym takim obiektem w powiecie jasno wykazały, że to się po prostu nie kalkuluje.
Zrozumiałem wtedy, że burmistrz decyzje o takich przedsięwzięciach powinien podejmować w zaciszu gabinetu, sam, a następnie sprawę oddawać w ręce fachowców, a nie nawiedzonych nauczycieli wf, którzy najchętniej widzieliby na miejscu obiekty sportowe o rozmiarach stadionu narodowego. Żadnych komisji, w których członkowie widzą tylko możliwość realizacji marzeń, bez oglądania się na ich koszty.
Nie płakałem też, że przez następne lata nie mieliśmy przebicia w urzędzie marszałkowskim w kwestii dofinansowania tej inwestycji. Czekały przecież w kolejce drogi do wykonania i one stały się priorytetem. O hali powoli zapomniano. 
Halę sportową można zawsze wynająć i chętnych dowieźć na jakikolwiek trening. Dobrej, utwardzonej nawierzchni drogi nie wynajmiesz!
Z ostatniej wypowiedzi wodza i po jego jakże specjalistycznych konsultacjach z nauczycielem wuefu można wnioskować, że czeka nas kolejna odsłona budowy pełnowymiarowej hali sportowej w małej gminie.
Powiedzmy wprost, jeśli są takie plany i one zostaną zrealizowane, to przyszła hala gimnastyczna poza czasem pracy szkół będzie świecił pustkami, generując koszty utrzymania. Nie dajmy się nabrać pięknym słowom wątpliwych budowniczych i działaczy sportowych, że przecież są oldboje i wielu chętnych do ćwiczenia popołudniami i wieczorami. Wystarczy tylko spojrzeć na wykorzystanie orlika i jak często ten obiekt świeci pustkami, wówczas wszystko stanie się jasne!
Budowa tak dużego obiektu sportowego przy drastycznie spadającej demografii gminnej jest jak zakup wypasionego traktora i całego parku maszynowego do obrabiania kilku hektarów ziemi.
Do niektórych jednak nie dociera, że budowanie na wyrost nie ma po prostu sensu. Marzą o budowie drogiego i kosztownego giganta tam, gdzie potrzebny jest co najwyżej obiekt średniej wielkości.
Wspominałem już, że zrozumiałem swój błąd i postanowiłem, że nie będzie już żadnej społecznej komisji do pomocy przy podejmowaniu takich decyzji.
Zarzuciłem też myśl o budowie giganta i zleciłem wykonanie dokumentacji rozbudowy budynku szkoły podstawowej. Projekt ten zakłada oddzielenie klas 0-III od IV-VI z oddzielnymi ciągami komunikacyjnymi, ewakuacyjnymi i szatniami. Do tego zaprojektowano dobudowę pięknej auli. Cały projekt zakładał w przyszłości możliwość dobudowania średniej wielkości sali gimnastycznej połączonej z budynkiem szkoły łącznikiem. Planowano, że sala wyposażona będzie w oddzielne wejście, aby wykorzystywać ten obiekt dla wszystkich chętnych popołudniami, poza godzinami pracy szkoły.
Projekt znajduje się w UM, ale najwidoczniej nikt nie bierze jego realizacji pod uwagę. A szkoda, gdyż projekt wykonał prawdziwy fachowiec, pan Pokorski, który  rozplanował przy tym rozmieszczenie obiektów na całym terenie szkolnym, z budową parkingów i boisk wielofunkcyjnych włącznie.
Po ostatniej wypowiedzi wodza wiem, że nie ma on żadnej wizji rozwoju bazy sportowej w małej gminie. Chwali się przy tym publicznie, że konsultuje się w tej sprawie z laikiem i przy pomocy laika ma zamiar taka inwestycję realizować.
Z ostatniej wypowiedzi wodza jasno wynika, czyj pomysł budowy hali gimnastycznej ma zamiar realizować. Dziwi mnie tylko fakt, że nie skonsultował tego problemu z cała radą, a przede wszystkim z fachowcami, tylko z jednym radnym, który na budownictwie zna się tyle, co ja na strategii prowadzenia działań wojennych.
To jednak potwierdza tylko moje wcześniejsze hipotezy, że nowy wódz nie wie, co w gminie trzeba robić i ślepo wykonuje polecenia tych, którzy pomogli mu wygrać wybory i kilku wielkich z powiatu.
Co to ma wspólnego z dobrem ogółu mieszkańców gminy?
Z wypowiedzi wodza wynika też, że przywołany radny, uchodzący do niedawna za wzór sprawiedliwości, przemienił się w konsultanta rozwoju gminnej bazy sportowej, projektanta przestrzeni i budowniczego.
W sumie to i dobrze, ponieważ będzie wiadomo, kto jest odpowiedzialny za to, co ewentualnie w tej kwestii się stanie. Nie będzie już można niepowodzeń zwalać na krasnoludki.
Wódz jednak powinien przede wszystkim schronić się w zaciszu swojego gabinetu, przeanalizować demografię gminną, wyciągnąć z tego wnioski, a następnie oddać sprawę fachowcom, ale prawdziwym fachowcom od zagospodarowania przestrzeni i budownictwa, a nie nauczycielom, którzy fachowcami są, ale w nauczaniu, a o budownictwie, jak ja, nie mają bladego pojęcia.
Jaki bowiem ma sens budowa wielkiej hali gimnastycznej w gminie, w której systematycznie likwiduje się szkoły głównie z powodów demograficznych!?
Jeszcze o uwagach w komentarzach, gdzie poruszono koszty projektów trafiających do szafy. Dokumentacje techniczne trzeba czasem robić „na zapas”. Nie są to duże koszty w wydatkach budżetowych, a w przypadku starania się o środki zewnętrzne posiadanie dokumentacji technicznej to podstawa. Konkursy ogłaszane przez instytucje dofinansowujące inwestycje są ograniczone czasowo i najczęściej nie ma wówczas czasu na wykonanie dokumentacji technicznej.
Zupełnie inną kwestią jest sprawa samego dofinansowywania inwestycji ze środków zewnętrznych, zwłaszcza unijnych. Jeden z komentujących dobrze zauważył, że to zwykła ściema. Tam bowiem, gdzie wchodzą w grę środki unijne ceny przetargowe wahają się w granicach cen kosztorysowych i są dużo wyższe niż w przetargach, w których środków zewnętrznych nie ma. W przetargach na inwestycje z dofinansowaniem gmina musi się zgodzić na wysokie ceny, ponieważ nie ma czasu na unieważnienie przetargu i ponowne jego ogłoszenie. Samorząd jest bowiem ograniczony ramami czasowymi narzuconymi przez instytucje zewnętrzne.
Często jest tak, że średnie i małe inwestycje, jak choćby ostatnia inwestycja drogowa nowego wodza, lepiej wykonać ze środków własnych albo posiłkując się krótkoterminowym kredytem komercyjnym. Nie ma wówczas żadnych zewnętrznych wymogów, a cena w przetargu jest kryterium najważniejszym i wykonawcy wiedzą, że gmina może w każdej chwili przetarg unieważnić, gdy zaproponowana przez nich cena będzie zbyt wysoka. Odpadają też koszty późniejszych kontroli instytucji zewnętrznych oraz pięcioletni okres monitoringu tychże inwestycji.
Wiem, że obecnie jest dość głośny kociokwik w sprawach pozyskiwania przez gminy środków zewnętrznych. Gminy wręcz się ścigają, która więcej takich środków pozyska. Nikt przy tym nie liczy czy to się najzwyczajniej gminie opłaca.
Nic jednak na to nie poradzimy. Dzisiaj jest silne społeczne parcie na unijną mannę, że żaden z wójtów nie zaryzykuje, aby odpuścić sobie ubieganie się o środki zewnętrzne na wszystkie możliwe inwestycje.
Wracając jednak do ostatniej wypowiedzi wodza. Poinformował był on wyborców, że dofinansowanie planowanej hali sportowej może sięgnąć nawet 70% kosztów. Pytam, dlaczego nie 85 albo nie 90%? Istnieje taka możliwość, przynajmniej teoretycznie. Przecież zapewniał w kampanii wyborczej, że każdą inwestycję będzie realizował z maksymalnym dofinansowaniem z zewnątrz, a nie jak ja!
Jak jest, każdy widzi!
Podsumowując, przykro słuchać, gdy wódz wybrany przez mieszkańców nie ma wizji rozwoju gminy i realizacji poszczególnych inwestycji.
Przykro patrzeć, jak ślepo realizuje wytyczne działaczy powiatowych i swoich przedwyborczych popleczników.
Myślę, że cała kadencja będzie przebiegała pod kątem realizacji marzeń poszczególnych działaczy i administrowaniu.
Nie o to chyba w samorządzie chodzi!


SATANISTA – ALKOHOLIK – czy ANIOŁ?

  Nie o Boyu Żeleńskim będzie to wpis, ale o Przybyszewskim Stanisławie, którego Boy znał osobiście. Muszę też od razu napisać, że o ile bar...